Jest czego zazdrościć wrocławskim melomanom! Ubiegłotygodniowy koncert orkiestry amsterdamskiego Concertgebouw rozpoczął w Narodowym Forum Muzyki prezentację trzech symfonicznych zespołów, należących do ścisłej światowej czołówki: w najbliższych miesiącach Wrocław gościć będzie także London Symphony Orchestra i Berliner Philharmoniker. Holenderskim zespołem dyrygował w NFM Philippe Herreweghe, którego dorobku zwłaszcza w zakresie wykonawstwa muzyki dawnej chyba nie trzeba przypominać; w pierwszej części wieczoru przy fortepianie zasiadł natomiast Yefim Bronfman. Warto przy okazji zauważyć, że orkiestra miała początkowo wystąpić ze swoim nowym szefem, Daniele Gattim, jednak po podejrzeniu umoczenia dyrygenta w aferę „me too” szybko zrezygnowała ze współpracy.

Występ zaczął się od nietypowego wykonania uwertury do opery Oberon Carla Marii von Webera. Artyści orkiestry Concertgebouw wykazali sympatyczny gest wobec młodych instrumentalistów z Akademii Orkiestrowej NFM, zapraszając kilkunastu z nich do wspólnego muzykowania w ramach projektu „Side by Side” – ramię w ramię. Choć uwertura do Oberona była ledwie introdukcją, wyostrzyła naszą dźwiękową percepcję i uwrażliwiła na bogactwo orkiestrowych barw. Ciepłe, niemal aksamitne brzmienie zespołu (rozkoszne smyczki!) jest jego znakiem rozpoznawczym – dodajmy do tego wielką precyzję, elastyczność i pełne oddanie się najdrobniejszemu gestowi kapelmistrza. W grze poszczególnych solistów – choćby waltornisty, otwierającego uwerturę symbolicznym motywem, stającym się później swoistą dewizą opery – dało się wyczuć spore zaangażowanie i dbałość o szlachetność dźwięku. Zamiarem muzyków było podkreślenie chochlikowo-elfickiego, a zarazem roztańczonego i pełnego blasku charakteru uwertury, sięgającej z jednej strony do Czarodziejskiego fletu, z drugiej pobrzmiewającej już Mendelssohnowskim Snem nocy letniej.

Kulminacją pierwszej części – i w moim odczuciu najlepszym momentem całego wieczoru – była wspólna kreacja Bronfmana i orkiestry Concertgebouw. Izraelsko-amerykańskiego pianisty chyba także nie trzeba przedstawiać: od lat współpracuje z najważniejszymi zespołami na świecie, zwłaszcza północnoamerykańskimi; jest ponadto uznanym kameralistą i zdolność do wrażliwego współdziałania z pozostałymi instrumentalistami słychać było w jego interpretacji IV Koncertu G-dur Ludwiga van Beethovena. Swoją drogą, uważam Czwórkę za najbardziej frapujące z jego koncertowych arcydzieł, mieniące się setkami barw, a przy tym niesłychanie dramatyczne, nie tylko w inspirowanym mitologiczną sceną Largo, przepełnionym tragiczną beznadzieją dialogu unisona smyczków i solisty, ale i w częściach skrajnych, w których nastrój pogody nieustannie mąci dziwny niepokój. Paradoksalnie tak często podkreślane nowatorstwo utworu bierze się z Beethovenowskiej fascynacji koncertami Mozarta. Dowodem oczywistym, zarazem jedynie konceptualnym, jest jego otwarcie – Allegro moderato rozpoczyna się wejściem fortepianu, podobnie jak Allegro w koncercie Es-dur KV 271; także niezwykłe przetworzenie pierwszego ogniwa wzorowane jest na rozwiązaniach zastosowanych u Mozarta (koncert C-dur KV 503). Można wręcz stwierdzić, że mozartowskie stały się pewne reguły konstrukcyjne, choć Beethoven poszedł dalej, na przykład w zakresie harmonii czy stosując jeszcze gwałtowniejsze i bardziej napięciotwórcze wejścia fortepianu przerywające myśli orkiestry.

Jak odnieśli się do tej materii Bronfman i Herreweghe? Mimo niewątpliwych walorów nie byłem dotąd admiratorem albumu pianisty z kompletem koncertów Beethovena nagranych z Davidem Zinmanem (znacznie wyżej ceniłem choćby nagrodzoną Grammy świetną płytę z koncertami Bartoka). Wizja Bronfmana była na wskroś klasyczna, pozbawiona jakichkolwiek fajerwerków czy dodatkowej afektacji, zarazem bardzo powściągliwa. Przez większą część Allegro moderato brakowało mi tworzenia nastroju i „wejścia” w strukturę, śmielszych akcentów, kontrastów i budowanej w ten sposób dramaturgii. Największe atuty pianistyki Amerykanina ujawniła kadencja – usłyszeliśmy zarówno znakomite, subtelne pianissima, jak i potężne, dramatyczne (i nieprzeszarżowane, przynajmniej z perspektywy mojego miejsca na sali) forte, przy jednoczesnym przekonującym rozplanowaniu struktury. W kontekście całości dodajmy perliste, bardzo błyskotliwe szybkie przebiegi pasażowe, wspomnianą współpracę z orkiestrą i poetycką delikatność fragmentów lirycznych, kontrastującą ze słynnym przydomkiem artysty, Mr. Brontozaur. Życzylibyśmy sobie jednak większej wielowymiarowości, zwłaszcza we wzmiankowanym, sugestywnym ogniwie środkowym, podczas gdy dominantą tej kreacji stały się umiar i rozwaga, ukazane jakby gestami doświadczonego mędrca. Gdzieniegdzie Bronfman potrafił jednak zaskoczyć, eksponując parę kontrapunktycznych smaczków w częściach skrajnych. W zagranym na bis Claire de lune Debussy’ego znów usłyszeliśmy pianistę subtelnego, ale i urzekającego wartką, płynną frazą.

A
Yefim Bronfman (za: http://www.yefimbronfman.com)

Być może należy zgodzić się z opinią, że pod batutą innego dyrygenta IV Koncert w wykonaniu Bronfmana wstrząsnąłby bardziej. Zarówno w przypadku Beethovena, jak i wykonanej po przerwie II Symfonii D-dur Brahmsa Herreweghe postawił na wierne oddanie nutowego zapisu, biorąc za dobrą monetę umiarkowanie i swobodne prezentowanie dźwiękowych walorów orkiestry Concertgebouw. Trudno ukryć, że wsłuchiwanie się w nasycone brzmienie smyczków, wielobarwne drewno czy blachę to przyjemność sama w sobie; wielkie wrażenie robi również jakość współbrzmień, objawiająca się wspaniałymi konwersacyjnymi relacjami pomiędzy sekcjami, ale i cudownym brzmieniowym amalgamatem tutti. Od strony interpretacyjnej II Symfonia nie pozostanie jednak na długo w naszej pamięci. Ukończona latem 1877 r. w urokliwej miejscowości Pörtschach am Wörthersee w Karyntii jest hołdem ku czci piękna przyrody – piękna niemal nieskażonego, ocierającego się o platoński ideał. Podobnie jak niegdyś wielki klasyk w Pastoralnej, Brahms – choć bez odwołań do „dźwiękowego malarstwa” – próbuje przenieść w muzyczną przestrzeń uczucia towarzyszące obcowaniu z owym pięknem, podejmując jednocześnie refleksję nad własną egzystencją. „Melancholijną”, jak pisał kompozytor, partyturę, Herreweghe pozbawił niestety głębszego wyrazu, nie podejmując prób uwypuklenia polifonii czy retorycznego charakteru tematów i zależności między nimi. Czasem jedynie uwagę zwracały ostrzejsze kontrasty i wyraźniej akcentowane kotły z blachą, ponadto Herreweghe sprawnie kontrolował czas i nurt frazy, choć chciałoby się czasem jej większego zniuansowania i wykreowania napięcia. Mimo wielkiej owacji artyści nie zabisowali, pozostawiając nas z lekkim niedosytem, ale i w przekonaniu, że amsterdamska orkiestra ma wprost nieograniczony muzyczny potencjał. Sięgajmy do jej niezliczonych dokonań fonograficznych – bezcenne nagrania pod batutą poprzednich szefów: Jochuma, Haitinka, Chailly czy Jansonsa to absolutny kanon, który ukształtował (i wciąż kształtuje) muzyczną świadomość całych pokoleń.

 


YEFIM BRONFMAN, KRÓLEWSKA ORKIESTRA CONCERTGEBOUW, PHILIPPE HERREWEGHE: WEBER, BEETHOVEN, BRAHMS; NFM WE WROCŁAWIU, 6 LISTOPADA 2018 R. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s