Nareszcie! Od kilku lat w połowie sierpnia mieszkańcy wielkopolskiego Leszna nie mogą narzekać na nudę. W niedzielę rozpoczął się kolejny festiwal Leszno Barok Plus i już pierwszego dnia publiczność miała okazję wysłuchać jednej z największych gwiazd tegorocznej edycji – łotewskiego pianisty Georgijsa Osokinsa. Jego późnowieczorny występ poprzedziły dwa koncerty; zdołałem dotrzeć na drugi z nich, odbywający się w nastrojowym wnętrzu kościoła św. Jana Chrzciciela.

W dawnym zborze braci czeskich, w którym elementy barokowego wyposażenia mieszają się z późnogotyckim, obronnym charakterem zrębu budowli zabrzmiała włoska muzyka pasyjna dwie najwybitniejsze XVIII-wieczne kompozycje wykorzystujące tekst Stabat Mater: dzieła Vivaldiego (1712 r.) i Pergolesiego (1736 r., ukończone kilka dni przed śmiercią 26-letniego mistrza), okraszone krótkimi wstawkami instrumentalnymi, Sinfonią h-mollAl Santo Sepolcro” Vivaldiego i Sinfonią funebre f-moll Locatellego. Działający w Lesznie pod kierownictwem Dominiki Małeckiej festiwalowy ensamble grający na instrumentach dawnych, Capella 1547 zaprezentował się zadowalająco; życzylibyśmy sobie czasem nieco więcej dramaturgicznego nerwu i skontrastowania faktury, choć jeszcze długo słuchacze pamiętać będą wieloodcieniowy, subtelno-sugestywny wstęp do Eia, Mater, fons amoris. Słowa uznania należą się solistom, od lat z powodzeniem koncertującym w Europie – kontratenorowi Janowi Jakubowi Monowidowi (który wystąpił w obu dziełach) i słowackiej sopranistce Ingridzie Gapovej (usłyszawszy jej barwę natychmiast połączyłem ją z emploi Zuzanny w Mozartowskim Figarze – jak się okazało, śpiewa jej partię z powodzeniem). Od strony wokalnej Stabat Vivaldiego frapowało zróżnicowaniem nastroju i czułością na brzmienie niemal każdego wypowiadanego słowa; w rozpisanym na dwa głosy arcydziele Pergolesiego dało się słyszeć precyzyjną, ale i pełną emocjonalnego zaangażowania współpracę artystów. Oboje dysponowali głosami dość wyrównanymi (Monowid w niskim rejestrze delikatnie trącił czasem barwą tenorową), ciekawie brzmieli zwłaszcza w „górach”, w obu przypadkach bardzo świetlistych i donośnych. A zatem: koncert, w trakcie którego publiczność miała okazję wysłuchać solidnych interpretacji utworów, które należą do trzonu repertuaru sakralnego.

Prawdziwe tornado, zgodnie z przewidywaniami, uderzyło w Leszno godzinę później. Georgijs Osokins, finalista i ulubieniec publiczności Konkursu Chopinowskiego w 2015 r. wywoływał swą grą podczas warszawskiego turnieju gorączkowe dyskusje. Innością, indywidualnym sposobem frazowania, wyjątkową swobodą, która nieraz przeradzała się w nonszalancję podszytą niemałą techniczną brawurą odpychał i przyciągał zarazem, jednocześnie zdobywając i łamiąc serca chopinofilów. Mnie uwiódł w pierwszym etapie, na żywo słuchałem jego kolejnego występu, w czasie którego niespodziewanie zaprezentował błyskotliwe, niemal nieznane wariacje Souvenir de Paganini. Potem już tak nie zachwycał (choć Berseuse czy pewne momenty w Sonacie h-moll były zjawiskowe), również jego poznańska interpretacja Koncertu e-moll kilka tygodni po konkursie skryła się w cieniu grającego tego samego dnia Charlesa Richard-Hamelina. W Lesznie oczekiwałem pianisty, który nie zatracił swojej pasji i wyłamującej się schematom osobowości, jednocześnie dojrzalszego, mniej neurotycznego, bardziej świadomie podejmującego ryzyko.

łó
za: http://bydgoszcz.wyborcza.pl

Recital otworzyła Sonata d-moll L. 108 Scarlattiego (prośba do organizatorów o skorygowanie błędu w programie), która zabrzmiała osobliwie, rozbudzając nasze apetyty. Kreacja nie pretendowała w żadnej mierze do nurtu wykonawstwa historycznego, nie stała się również romantycznym z ducha poematem. Posłużyła jako pełne zadumy preludium do wypełniającej pierwszą część recitalu słynnej Suity G-dur Rameau z III tomu Pièces de clavecin. Okazała się ona summą właściwości gry Osokinsa – swoistą syntezą paradoksów i jasną odpowiedzią, skąd wywodzą się skrajne głosy wielbicieli i maruderów. Gra pełna pustych gestów, by nie rzecz po prostu ordynarna sąsiadowała z miejscami fascynującymi, nieraz odkrywczymi. Łatwo dostrzec analityczny stosunek Osokinsa do faktury, jego dążenie do polifonizacji, nieustanne poszukiwanie warstw narracji i wyodrębnianie nakładających się głosów (ba, Osokins podejmuje próby ich odrębnego frazowania). Dokonuje tego dzięki zawahaniom rytmicznym, delikatnym przesunięciom partii lewej ręki względem prawej oraz niezwykle swobodnej, śmiałej artykulacji połączonej z autorską, w dużej mierze, pedalizacją.

W otwierających suitę bardzo szybkich Tricotets zwracała uwagę wyraźnie zaznaczona staccatowa artykulacja i ostry, suchy dźwięk kreowany przy skąpym użyciu pedału (względnie preferencji una corda). Następujący później Menuet zabrzmiał dziwnie: pompatycznie i masywnie, przy tym niemal marszowo. Problemy pianistyki Osokinsa dały o sobie znać w najsłynniejszym ogniwie suity, La Poule, któremu nadany został wyraźnie popisowy charakter. Brawurą wykazuje się tu również Gregorij Sokołow, jednak ani przez moment nie posądzimy genialnego Rosjanina o którykolwiek z zarzutów kierowanych wobec naszego bohatera (nie wspominając o największej mistrzyni tego repertuaru – Marcelle Meyer):

Przypominają się w tym miejscu głosy niektórych konkursowych krytyków, którzy nazwali Osokinsa inkarnacją Liszta: wrażenie musiała sprawiać cyrkowa niemal szybkość, energia, a w zasadzie bezpardonowa dezynwoltura; nie można jednak nie dostrzec braku precyzji, nie mających czasem uzasadnienia zmian akcentów czy nie do końca logicznej, ogromnej swobody agogicznej i dynamicznej (pojawiające się okazjonalnie potężne fortissimo po prostu raziło deficytem muzycznej wrażliwości), która dekonstruowała zasadnicze myśli. Do wykonania wdała się też mała luka pamięciowa (być może wynikająca ze zbytniej frywolności w potraktowaniu partytury), po której zrobiło się jeszcze szybciej i głośniej. Podobne uwagi dotyczą finałowego L’Égyptienne, w którym pianista osiągnął dynamiczne optimum, a zarazem kulminację nonszalancji, zwłaszcza w sferze agogiki. Dla odmiany znakomicie i w pełni przekonująco zaprezentowane zostało Enharmonique, zagrane wartko i z pulsem, imitując trud wędrówki przez czeluścia harmoniki. Druga część koncertu potwierdziła, że w utworach lirycznych pianista wypada najbardziej przekonująco, osiągając zloty środek między nieposkromioną osobowością i prawdą zapisu muzycznego.

Po przerwie zabrzmiały trzy miniatury-opracowania o barokowej i de facto Bachowskiej proweniencji – najpierw Adagio z BWV 564 (Toccata, Adagio, Fuga) w słynnej wersji Busoniego, następnie Siciliana BWV 596 i Larghetto BWV 972 na podstawie wolnych ogniw koncertów Vivaldiego. Osokins wydobył z yamahy piękny, krystaliczny dźwięk (choć pojęcie cieniowania barwy dźwięku chyba wciąż nie jest artyście dobrze znane); tym razem, dla odmiany, pianista osiągał większość brzmieniowych efektów dzięki częstemu użyciu prawego pedału (sustain). Świetnie zbudował napięcie w zagranym bardzo ekspresyjnie, krótkim Preludium b-moll z op. 37 Scriabina. Podobnie w 11. Etiudzie „Pour les arpeges composes” Debussy’ego: dało się tu wyczuć nieustanne pulsowanie narracji i nieskrępowane wyodrębnianie każdego dostrzeżonego detalu. Debussy zresztą należał do najciekawszych momentów występu – ujął mnie swoją niesztampowością, a osobliwa Oskinsowska pedalizacja, artykulacja (nagłe kończenie myśli głuchym dźwiękiem) i frazowanie pozwoliły na dostrzeżenie nowych przestrzeni harmonicznych. Życzyłbym sobie więcej muzyki tegorocznego jubilata, trudno bowiem znaleźć wykonującego ją dziś artystę z podobnym stopniem fantazji.

Wieńczący wieczór Chopin przypomniał czas warszawskich zmagań. Etiuda h-moll z op. 25 przykuła uwagę swoim zróżnicowaniem; jej pierwsza część z wyraźnym rubato była silnie skontrastowana w zakresie dynamiki i tempa – repryza tematu pod koniec etiudy zmieniła jednak jego charakter: był wyraźnie szybszy i bardziej wyrównany. Osokins pomysłowo ukazał znajdujący się pomiędzy spokojny epizod środkowy: kolejne przeprowadzenie głównej, lirycznej myśli zaprezentowane zostało inaczej, przy wyraźnej emancypacji lewej ręki i jej basowego motywu, a ponieważ powrót sekcji pierwszej zapowiedziany zostaje również w niskim rejestrze uzyskano efekt spójności i logicznego następstwa. Ballada As-dur była kolejnym przykładem wyraźnego oddzielenia głosów w kolejnych prezentacjach głównego tematu. Ponadto można było usłyszeć strukturalne budowanie napięcia i wyjątkowo nieraz piękne cantabile, choć bez tendencji do belkantowego prowadzenia frazy.

Dodać należy, że laureat Konkursu Chopinowskiego rozpocznie za parę dni kolejne konkursowe zmagania, tym razem w Bolzano, w czasie prestiżowego Konkursu im. Feruccia Busoniego. Zaprezentowany w Lesznie program pokrywa się z repertuarem konkursowym – po ciepłym przyjęciu przez leszczynian ciekawi jesteśmy recenzji jurorów i włoskiej publiczności po, z całą pewnością, skrajnie nieortodoksyjnej prezentacji.

 


FESTIWAL LESZNO BAROK PLUS: GAPOVA, MONOWID, CAPELLA 1547 (VIVALDI, PERGOLESI, LOCATELLI); OSOKINS (SCARLATTI, RAMEAU, BACH/BUSONI, BACH/VIVALDI, SKRIABIN, DEBUSSY, CHOPIN)

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s