Cofnijmy się na początek do I połowy XX wieku. Nagranie Pierre’a Monteux z Orchestre Symphonique de Paris z 1930 r. należy do sztandarowych interpretacji Fantastycznej. Monteux grał Berliozowskie opus vitae wielokrotnie (kanoniczny jest krążek z wiedeńczykami z 1950 r.), ale to pierwsza rejestracja zyskała miano legendarnej i przekonuje prawdziwością intencji.

Interpretacja Monteux, mimo upływu niemal 90 lat, nie zestarzała się, co więcej nosi znamiona autentyzmu i przenosi nas bezpośrednio do XIX wieku: jest wielce prawdopodobne, że symfonię wykonywano w zbliżonej formie za życia jej twórcy, bowiem dyrygent dysponował ponoć partyturą z notatkami autorstwa samego kompozytora. Preferuje szybkie tempa, dzięki czemu narracja nieustannie brnie na przód, a frazy płyną naturalnie i swobodnie. Orkiestra, jak przystało na zespół z początku XX wieku, brzmi jasno i klarownie w górnych rejestrach, zwłaszcza w smyczkach, co nadaje walcowi finezji i gracji; dźwięk blachy jest natomiast wyjątkowo mroczny i przysadzisty, idealnie obrazując mruknięcia fagotów czy tuby w demonicznym finale. Wirujący walc z paryskiego salonu nie traci impetu nawet w chwili, gdy na parkiecie pojawia się ukochana – ona również obraca się na w tańcu z wielkim charme, jaki cechuje frazowanie paryskiej orkiestry. Duszą cyklu staje się u Monteux Scene aux champs, z wyraźnie zatrzymanym pierwszym dźwiękiem w motywie pasterzy, granym przez rożek angielski i obój (umieszczony notabene zgodnie z życzeniem Berlioza za sceną). Dyrygent nie boi się kontrastów, akceleracji tempa i gwałtownych kontrastów, dzięki czemu finałowe ogniwa mogą przekonywać. Narkotyczna wizja ukochanej grana przez klarnet i towarzyszące mu dęciaki na początku piątej części doprawdy kołysze się w rytmie sabatowego tańca, a psychodeliczny epilog rzadko brzmi bardziej upiornie.

Przyglądając się dyskografii z połowy XX wieku warto zatrzymać się przy kanadyjskim kapelmistrzu Paulu Paray’u, który zarejestrował Fantastyczną ze swoimi symfonikami z Detroit (dziś dostępna na krążku Mercury Living Presence). Paray nie odkrywa nowych tajemnic partytury; w budowaniu dramaturgii ucieka się do emanowania kontrastami, zwłaszcza w zakresie tempa i barwy. Otrzymujemy zatem bardzo wartkie Reveries—Passions i gwałtowny, szybki finał ze znakomicie brzmiącą blachą. Owszem, w lekko prowadzonej orkiestrze brakuje czasem nasycenia, w tutti słyszymy przeważnie dęte, a dźwięk smyczków bywa zbyt delikatny, niemal cienki. Nie dotyczy to jednak walca, który postępuje żywo, ale i z gracją, przy pięknym, wyrazistym wsparciu harf ani części trzeciej, promiennej jak Beethovenowska Pastoralna, ze znakomitym dialogiem rożka angielskiego i oboju. Choć pewnie chcielibyśmy otrzymać interpretację bardziej pogłębioną i o większej ekspresji, warto umieścić tą pozycję w swojej płytotece. Dostrzeżmy przejrzystość brzmienia i czułość, z jaką muzycy odpowiadają na intencje dyrygenta, nieraz przecież gwałtownie przyspieszającego narrację. Nagranie ekscytujące zwłaszcza dla rozpoczynających przygodę z arcydziełem.

Symfonię Fantastyczną niewątpliwie kojarzymy z nazwiskiem francuskiego dyrygenta Charlesa Muncha, który pozostawił po sobie niemal niezliczoną liczbę jej nagrań. Do kanonu weszła płyta RCA Victor z Boston Symphony Orchestra z 1954 r. Jest świadectwem muzykalności maestro i jego muzyków oraz poszukiwania głębi w obrębie każdego z pięciu symfonicznych fresków. Niektórzy ze słuchaczy mogą narzekać na zbyt szybkie tempa marsza i Sabatu – szalony, neurotyczny finał to emocjonalny rollercoaster, bezkompromisowo pędzący naprzód. Otrzymujemy tu dowód ułańskiej fantazji dyrygenta, który nie stroni od agogicznej swobody (bardzo duże kontrasty pomiędzy fakturami), mocnych, dramatycznych impulsów i śmiałej akcentacji, zachowując jednak smak, jak choćby w elegancko-wirującym walcu na pokaźną sekcję smyczków, z pięknie wymodelowaną frazą. Polecam również inne wersje Fantastycznej, które wyszły spod ręki Muncha – choćby drugie nagranie z bostończykami z 1962 r. (pod pewnymi względami lepsze niż pierwsze), energetyczny zapis koncertu z Orchestra National de France z 1963 r. (z jeszcze szybszym finałem niż w wersji bostońskiej – orkiestra nieraz praktycznie nie nadąża za gestami dyrygenta) czy z budapesztańskimi symfonikami (1966 r., Hungarton), których prowadzi swobodniej, a nawet leniwiej niż bardziej precyzyjnych symfoników z Bostonu. Jednym słowem „Munch Fantastique” to osobny rozdział w dyskografii tego opus. Poniżej Munch w 1954 i 1966 r.

Po Fantastyczną nieraz sięgał również Lorin Maazel. Najsłynniejszego nagrania dokonał z orkiestrą z Cleveland (Telarc); niemal niedostępna jest natomiast wersja z Wiener Philharmoniker, z której emanuje jeszcze większa energia i pasja. Maazel z całą mocą wydobywa intensywne brzmienie clevelandzkiej blachy, z której zespół ten słynął w czasach swojej świetności. Brzmienie wirtuozowskiej wręcz orkiestry to bez wątpienia klasa sama dla siebie. Z interpretacyjnego punktu widzenia nie ma tu fajerwerków – dyrygent umiejętnie spina utwór dramaturgicznie, przede wszystkim kreując mroczną potęgę w ogniwach finałowych. Sugestywnie ukazane są jednak nie tylko wielkie orkiestrowe crescenda czy upiorne synkopy; przeprowadzenia motywu ukochanej w Rêveries–Passions są cudownie plastyczne, rozdygotane i pełne niepokoju, czym, moim zdaniem, Maazel dotyka istoty uczuć romantycznego artysty…

Na koniec tego zestawienia (parę innych wybitnych nagrań, zwłaszcza pod batutą Mehty, Bouleza, Abbado, Tilson-Thomasa czy Ticcitiego z 2012 r. zostawmy sobie na przyszłość) przechodzimy do jednej z najciekawszych rejestracji w ostatnich latach – jej autorem jest Marc Minkowski, który łączy siły dwóch zespołów. Bazuje na obsadzie Mahler Chamber Orchestra, ale wykorzystuje również grającą na instrumentach dawnych sekcję dętą swojej orkiestry Les Musiciens du Louvre. To przede wszystkim ona sprawia, że płyta dla DG z 2003 r. jest tak wartościowa – dźwięk blachy miejscami olśniewa i wywołuje ciarki na plecach, zwłaszcza w finale, budzącym wszystkie sabatowe demony. W narracji brakuje czasem płynności czy integralności, z drugiej jednak strony Minkowski podchodzi do poszczególnych elementów faktury z właściwą sobie wrażliwością retoryczną. Klarnety, oboje czy puzony brzmią bardzo teatralnie, przekonująco udając odgłosy wiedźm czy biorąc udział w upiornym tańcu – każde glissando czy synkopa wpisuje się w sytuację dramaturgiczną. Dłuży się nieco niemal 20-minutowa Scène aux champs, która nie wnosi nowej jakości interpretacyjnej, przekonująco wypada natomiast walc: Minkowski prowadzi swoich kameralnych smyczkowców niespiesznie (osobiście preferuję bardziej wartkie tempa, jak choćby w nagraniach Muncha), delektując się Berliozowską frazą, a w śmiałych zawahaniach narracji (wyraźne ritenuta i acceleranda) dostrzega chyba niespokojne spojrzenia podmiotu lirycznego, który w roztańczonym salonie próbuje odszukać swoją ukochaną.

Poniżej Minkowski dyrygujący Marche des Pelerins z Harolda w Italii:

Nie możemy przy okazji zapomnieć o dokonaniach artystów z kręgu wykonawstwa historycznego – pionierskim Norringtonie (zwraca uwagę zwłaszcza nagranie ze współczesną SWR-Sinfonieorchester – znakomite w brzmieniu i dopracowaniu detali) czy Gardinerze z Orchestre Révolutionnaire et Romantique, z jej wielobarwną, pikantną sekcją dętą:

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s