Gdy myślimy o gigantach fortepianu ubiegłego stulecia, zwłaszcza pierwszej jego połowy, mamy na myśli niemal wyłącznie wirtuozów-dżentelmenów. Oczywiście, bardziej zorientowani kojarzą Mozarta czy Scarlattiego Clary Haskil, niektórym przemkną przez głowę pokrzepiające recitale Myry Hess w czasie II wojny światowej; z muzyką Chopina, zwłaszcza w Polsce zrosły się również nazwiska Belli Davidowicz, Haliny Czerny-Stefańskiej, Reginy Smendzianki czy Maryli Jonas. Lily Kraus, Annie Fischer, Tatiana Nikolajewa czy Marguerite Long (by wymienić tylko garstkę, moim zdaniem, najwybitniejszych) zasługują na to, by stanąć obok XX-wiecznych tytanów, a mam wrażenie, że są zjawiskami znanymi jedynie najbardziej wysmakowanym pasjonatom historii pianistyki. Dziś interesujących i powszechnie szanowanych pianistek jest już całkiem spora grupa; legendarnej Marty Argerich (obecnej w muzycznym świecie już od wczesnych lat 60., a więc słusznie zaliczanej do geniuszy także poprzedniego stulecia), Yuji Wang czy Kathii Buniathishvili nikomu przedstawiać nie trzeba. Skoro jednak pasjonujemy się karkołomną grą Chinki, rozpalającej klawisze do czerwoności, nie może w naszej płytotece zabraknąć nagrań dwóch wielkich dam połowy ubiegłego stulecia – Marii Grinberg i Rosity Renard. Choć o płyty, zwłaszcza w przypadku tej drugiej, bardzo trudno.

Życie Marii Grinberg mogłoby posłużyć za fabułę niejednego filmu. Nie jest to miejsce, by przytaczać dokładną biografię  – dość powiedzieć, że urodzona w 1908 r. w Odessie przez całe życie spędzone w Związku Radzieckim miała pod górkę. Jej mąż oraz ojciec, nauczyciel hebrajskiego, w epoce stalinowskiego terroru w latach 30. uznani zostali za wrogów ludu i zamordowani. Ją samą zatrudniono jako… akompaniatorkę baletu. Grinberg aż do lat 50., a więc odwilży za rządów Chruszczowa nie mogła opuszczać ZSRR. Pozwolono jej wówczas odbyć kilkanaście koncertów w krajach bloku wschodniego oraz w Holandii, później koncertowała również m.in. w Polsce, wzbudzając wielki entuzjazm. Jedynie nieliczni w ojczyźnie odważyli się powiedzieć to, co dziś wydaje się nam oczywiste: odważny krytyk w latach 50. umieścił jej nazwisko pośród dziesięciu największych sowieckich pianistów, obok Richtera czy Gilelsa. Zaczęto ją porównywać do Horowitza i Rubinsteina; byli i tacy, którzy sztukę Rosjanki stawiali jeszcze wyżej. Otrzymała jedno państwowe wyróżnienie, nigdy nie została jednak członkiem konserwatorium w Moskwie. Zapewne kwitowała to dowcipami –  znane było jej niezwykłe poczucie humoru. Gdy w 1970 r. będąc pierwszym radzieckim artystą zarejestrowała komplet sonat Beethovena w jej ojczyźnie nie wspomniano o tym nawet słowa. Na szczęście kilka lat temu tą niezwykłą spuściznę przypomniała wytwórnia Vista Vera – 4-płytowy album „The Legacy of Maria Grinberg” to obowiązkowa pozycja każdego pianofila. Dorobek wykonawczy jest imponujący – Maria grała niemal wszystko, od baroku po wiek XX.

Grę Rosjanki cechuje ogromna śpiewność, zarazem wybitny zmysł konstruktorski. Architektonika jej interpretacji olśniewa; Grinberg ma zdolność osobliwego polifonizowania odrębnych warstw faktury – każda z tekstur otrzymuje własny kształt artykulacyjny i wręcz indywidualne frazowanie. Gra Grinberg jest pełna dynamizmu, namiętności oraz retoryki – pianistka po mistrzowsku opowiada historie rozgrywające się w dźwiękowej przestrzeni potrafiąc jednocześnie olśnić poezją i subtelnością. Narracja prowadzona jest czasem na kilku płaszczyznach naraz, co nadaje tym kreacjom posmak wyjątkowości. Artystka wywodzi ją ze śpiewu, co słuchać w jej naturalnym pulsie, zwrotach akcji, gwałtownych kontrastach, naśladując tym samym ducha śpiewanej konwersacji. Zwłaszcza w nielicznych zachowanych nagraniach z orkiestrą (jak choćby w prawdopodobnie żywej rejestracji koncertu Schumanna z Eliasbergiem) ogromna ekspresja momentami delikatnie zaburza proporcje dzieła i pozbawia je technicznej perfekcji; w zapisie płytowym króluje logika i zrozumienie struktury.

Niezwykle ciekawe było jej podejście do muzyki Brahmsa: ukazane zostają potężne kontrasty faktury i odkrywczość harmonii, w nowatorsko odczytanych intermezzi frazy płyną szybkim nurtem, sprawiając, że mistrz z Hamburga brzmi nadzwyczaj nowocześnie. Nie wolno zapomnieć, że Grinberg pozostawiła po sobie parę nagrań rzadziej wykonywanej muzyki rosyjskiej – czy mazurki Glinki grane były kiedykolwiek piękniej i z subtelniejszymi zawahaniami artykulacji?

O ile spuściznę Grinberg można zebrać w płytowy boks, o tyle Rosita Renard jest pianistką niemal nieobecną na krążkach. Była klasycznym wunderkindem – w wieku 14 lat z chilijskimi symfonikami zagrała koncert Griega. Studiowała w Berlinie u Martina Krause, ucznia Liszta, a jej młodszymi kolegami ze słynnego konserwatorium Sterna byli Claudio Arrau i… moja prababcia (!). Artystce przepowiadano bajeczną karierę; niestety, I wojna światowa zmusiła ją do powrotu do ojczystej Ameryki. Szybko o niej zapomniano, a koncertowa aktywność poniosła fiasko – zarówno w Europie, jak i obu Amerykach. Z pewnością nie bez znaczenia była skrytość i introwertyczność pianistki, która stroniła od reflektorów wielkich estrad. Poświęciła się całkowicie dzialalności pedagogicznej, zastopowanej w 1945 r. Ponownie odkrył ją wówczas Erich Kleiber, poszukający solistki do wykonania koncertu fortepianowego Mozarta. Olśniony jej grą odbył z Renard tournée po całej Ameryce Południowej. Sława pianistki dotarła po ponad dwóch dekadach nieobecności do USA. Do historii dyskografii przeszedł fenomenalny recital z 19 stycznia 1949 r. w Carnegie Hall, który okazał się ostatnim w jej życiu. Zmarła po ukąszeniu przez komara zaledwie kilka miesięcy po oszałamiającym sukcesie w Nowym Jorku.

Stirring, impressive, enchanting – tak amerykańska krytyka pisała o grze Renard w styczniu 1949 r. Emanuje z niej ogromna energia mocno kontrastująca z osobowością artystki. I Partita Bacha brzmi niezwykle modernistycznie (16-letni Gould zapewne nie zasiadł na widowni Carnegie), zadziwiają kontrasty i gwałtowność ekspresji w Sonacie a-moll Mozarta – sam Lipatti (vide jego ostatni recital) nie pozostawił po sobie bardziej frapujących interpretacji tych arcydzieł. Kolejny Mozart w programie jej recitalu – Rondo D-dur KV 485 potwierdza, że była jedną z najwybitniejszych mozarcistek I połowy XX wieku i niepowetowaną stratą jest brak nagrania koncertu z Erichem Kleiberem. Renard preferowała bardzo szybkie tempa, czyni tak również w etiudach Chopina – wybrała ich dziewięć z obu opusów – i jest w nich coś z interpretacji Cortota; mamy tu świetne wyczucie rubata, ale i wielkie romantyczne namiętności, które targają artystką w każdym takcie. Na szczególną uwagę zasługuje preludium z op. 104 Mendelssohna, ulokowane między heroiczną interpretacją mazurka cis-moll z op. 30 i etiudą f-moll z op. 25 – odsyłani jesteśmy tym samym do XIX-wiecznej tradycji preludiowania (często quasi-improwizowanego) w czasie koncertu.

Program uzupełnia Mendelssohn (Variations serieuses), Ravel (plastyczne Valses nobles et sentimentales) i dwa bisy – Debussy i Chopinowski mazurek f-moll z op. 59, wzruszające pożegnanie życia z estradą. Po wysłuchaniu nowojorskiego występu, który łączy niezwykłą precyzję i naturalność z żarliwością wyrażaną niemal skrajnie szybkimi tempami (pomimo pędu nigdy nie mamy wrażenia przeszarżowania!), nie trzeba chyba nikogo zachęcać do sięgnięcia po parę innych nagrań z niemieckich lat 20., na czele z Sonatą G-dur z op. 31 Beethovena i nokturnami Chopina.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s