Poprzedni wpis poświęcony albumowi Marthy Argerich zachęcił mnie do niewielkiego przeglądu interpretacji koncertów fortepianowych mistrza z Bonn. Niemal każdy z największych pianistów poprzedniego stulecia miał w swoim repertuarze choć jeden z nich. Raczej nie znajdziemy muzyka ani melomana, który byłby w stanie wyobrazić sobie dzieje sztuki dźwięku czy choćby programy sal koncertowych bez tych pięciu arcydzieł, ukazujących dojrzewanie stylu ostatniego wiedeńskiego klasyka i rozwój jego brzmieniowego uniwersum, która przeniknęło i de facto uformowało całe XIX stulecie. Tym razem zaprezentuję kilku beethovenistów z kręgu anglosaskiego, których dokonania cenię szczególnie (na przedstawienie kreacji pozostałych tytanów klawiatury przyjdzie czas nieco później, choć do wyczerpania tematu pewnie nawet się nie zbliżymy). Zwróćmy uwagę, że nie sposób posłuchać najpiękniejszego dostępnego na płytach Beethovena bez sporego cofnięcia się w czasie – zatrzymamy się na amerykańskich i brytyjskich nagraniach z lat 40., 50. i 60.

Zacznijmy od nieraz przypominanego Leona Fleishera, który podobnie jak słynny Paul Wittgenstein przez dziesięciolecia borykał się z niedowładem prawej ręki. Intensywnie leczona dystonia przerwała na długi czas jego błyskotliwą karierę i mimo, iż po latach walki ze schorzeniem Fleisher wrócił do fortepianu, nie osiągnął już mistrzowskiego poziomu sprzed paru dekad i skupił się na działalności pedagogicznej. Nagrywany od końca lat 50. wraz z orkiestrą z Cleveland pod batutą Szella komplet koncertów to również jeden z pierwszych (o ile nie pierwszy w ogóle) cykl nagrany przez Amerykanów (choć z węgierskim z pochodzenia dyrygentem). Wart jest słów najwyższego zachwytu, wyrażanego niegdyś ustami samego Richtera; obcowanie z tymi interpretacjami to nauka muzykalności, a także analizy kompozytorskiego tekstu i wynikających z niego zależności. Nie da się przejść obok nich beznamiętnie, angażują i wciągają bez reszty. Fleisherowi udaje się nadać muzyce żywy puls, artysta pochyla się nad każdym dźwiękiem, nie omija żadnego detalu, prześwietla harmonię, niczym rasowy reżyser buduje dramaturgię: frazy, a nawet tryle przemawiają do nas niczym aktorzy na scenie. Pianista dysponuje mocnym dźwiękiem, który jednak nieustannie opalizuje, osiągając dziesiątki dynamicznych odcieni. Właściwa mu wirtuozeria nawet na moment nie staje się oscentacyjna. Wszystko wydaje się dozowane w idealnych proporcjach, osiągając zanurzoną w ekspresji apollińskość – w końcu Beethoven, mimo swego nowatorstwa, komponuje w ramach klasycznego porządku! Clevelandczycy z Szellem wkładają w ritornele oraz dialogi z solistą całe swoje serce, przy okazji zaś podziwiamy ich niezwykłą sprawność i umiejętność kreowania napięcia. Wsłuchajmy się w powolne ogniwa koncertów… Adagio z V Koncertu przynosi najdoskonalszą syntezę solisty i orkiestry.

 

Kariera kolejnego z naszych bohaterów, Brytyjczyka Solomona została przerwana jeszcze gwałtowniej – w 1956 r. przeżył udar, po którym nigdy nie wrócił do pełnej sprawności. Nazwisko tego pianisty niemal zrosło się z twórczością ostatniego klasyka; w czasie swojego pierwszego publicznego występu w wieku 8 lat wykonał jego III Koncert. Solomon nagrywał Beethovena wielokrotnie, m.in. z orkiestrą Concertgebouw z Mengesem i Cluytensem czy BBC Symphony z Boultem. Co ciekawe, zasłynął jako wykonawca kadencji Clary Haskil do Allegro con brio wspomnianego koncertu c-moll. Pianista podkreśla dramatyzm partytury, unikając jednak romantycznej hiperemocjonalności. Mieści się w ramach artysty klasycyzującego – jego gra podkreśla kontrasty czy relacje harmoniczne, a w częściach środkowych kreuje chwilę eterycznego, subtelnego piękna; nie ma tu frazy potraktowanej bez zaangażowania. Kolejny wybitny Beethovenowski dramaturg.

 

Nie mogę nie wspomnieć uwielbianego przez Fleishera Williama Kapella, którego niemal każda interpretacja chwyta mnie mocno za serce. Kapell to legenda, która zamilkła zdecydowanie przedwcześnie – Willy zginął w 1953 r. w wieku 32 lat wracając samolotem z australijskiego tournée. Zdążył pozostawić po sobie tylko jedno oficjalne nagranie koncertu Beethovena, zarejestrowane dla RCA razem z NBC Symphony pod Golschmannem w 1946 r. Jak głosi anegdota wstrząśnięty nim Artur Schnabel zupełnie zepsuł swój występ. Będąc jednym z największych wirtuozów w dziejach, Kapell osiąga klarowność pojedynczego tonu w każdym przebiegu, a grając pochody drobnych nut z wyjątkowym temperamentem i w zawrotnym tempie tryska energią przypisaną młodzieńczemu opus. Przypominają się niemal nadludzkie techniczne zdolności Józefa Hofmana, okrzykniętego największym obok Rachmaninowa geniuszem klawiatury pierwszej połowy ubiegłego stulecia. Niezwykły rezultat uzyskuje precyzyjną, pomysłową artykulacją, współgrającą z autorskim, chłodnym, niemal ostrym rodzajem dźwięku. Autonomizacja partii obu rąk służąca niemal Gouldowskiemu z ducha szukaniu kontrapunktu przynosi nieraz zadziwiający, polirytmiczny efekt. Warto dodać, że jako nastolatek Kapell grał pod okiem swojej profesor Olgi Samaroff również Koncert c-moll – do dziś zachował się zapis jego dwóch ostatnich części.

 

Juliusa Katchena (kolejny przedwcześnie zmarły pianista!) wielu kojarzy przede wszystkim z interpretacjami muzyki Brahmsa, jednak nie można zapomnieć o cyklu koncertów Beethovena z przełomu lat 50. i 60. dla Decci z Gambą i London Symphony. Jakkolwiek nie dorównuje on Fleisherowi w zakresie ukazania harmonicznych smaczków, a niektóre pomysły możemy uznać za mniej trafione, otrzymujemy indywidualną wizję niepozbawioną emocji i niepokojów, wyrażanych nieraz w pojedynczych, urwanych dźwiękach czy mocnych basach na tle delikatnych szesnastek. Uderza nas wirtuozowskie potraktowanie pasaży czy trylów – błyskotliwa koda III Koncertu budzi podziw, choć zarazem wydaje się nieco zapędzona. Wiele satysfakcji sprawia energetyczna gra znakomitej orkiestry, która współpracuje z Katchenem, stosującym sporą rozpiętość temp, z dużą elastycznością i wrażliwością. A zatem – mimo upływu lat wciąż jedno z bardziej wartościowych nagrań.

 

Kolejny z wielkich, Rudolf Serkin poszczególne koncerty nagrywał wielokrotnie. Najsłynniejsze są rejestracje, które po wznowieniu trafiły niedawno na box wydany przez Sony – to Trójka i Piątka z Bernsteinem i Nowojorczykami (lata 60.) oraz pozostałe koncerty z Philadelphia Orchestra pod Ormandym (lata 50.). Ciekawość budzi zwłaszcza Bernsteinowska wizja orkiestrowego partnerstwa – nieortodoksyjna, giętka, niepozbawiona afektacji i pełna instrumentacyjnych detali, jednak dla niektórych wręcz obrazoburcza. Zupełnie inaczej jest w przypadku solisty – Serkin pod wieloma względami staje się wzorcowym beethovenistą, jego gra jest retoryczna, raczej powściągliwa w tempach, cechująca się przestrzennym frazowaniem i niemałym zróżnicowaniem charakteru – od pewnego chłodu, przez liryzm ocierający się o medytację (zatrzymane Adagio z Koncertu „Cesarskiego”) po brzmienia silne i masywne. Pulsujący, pełen zaskoczeń II Koncert to prawdziwy teatr napięć. Jedna z najlepszych wersji (o ile nie najlepsza) w dyskografii.

 

Na koniec wspomnieć trzeba pianistę, którego zapracowana sylwetka w studio Columbii pojawia się na stronie tytułowej niniejszego bloga. Glenn Gould, enfant terrible w gronie XX-wiecznych artystów, przy nagrywaniu swojego kompletu współpracował m.in. ze Stokowskim, Bernsteinem i Golschmannem. Rezultatem są interpretacje bardziej powściągliwe niż w przypadku Beethovenowskich sonat – pełne ciepła i swoistego liryzmu, choć ekscentryczna osobowość daje o sobie znać w śmiałych akcentach, przesunięciach agogicznych czy relatywnie oszczędnym użyciu pedału połączonym z nieustannymi próbami polifonizacji partii fortepianu. O ulubionym IV Koncercie Gould mawiał, że jest arcydziełem najwyższej kondensacji materiału, wyobraźni, dyscypliny i doskonałej jedności z partią solową. Ponoć nauczył się go słuchając z płyt interpretacji Schnabla z 1942 r.

 

Post scriptum: czy słyszeliście Państwo nagranie IV Koncertu z Myrą Hess w roli głównej (1952 r.)? Wybitna brytyjska pianistka zostawiła po sobie chyba najbardziej poetycką wizję opus 58. Przesłuchanie rejestracji live pozostałych koncertów w jej wykonaniu to prawdziwie pasjonująca przygoda, do której zachęcam.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s