Bomsori Kim i Rafał Blechacz ruszają w świat

W ubiegły piątek swoją rezydenturę w poznańskiej filharmonii zakończył Rafał Blechacz. Donosiłem na blogu o jego poprzednich występach, które generalnie nie dostarczały satysfakcji – jakże miłe było więc zaskoczenie, gdy wieńcząc sezon w Poznaniu zaprezentował się co najmniej zadowalająco, tym razem pełniąc rolę kameralisty. Mniej entuzjazmu wzbudziła estradowa partnerka Blechacza – laureatka II nagrody ostatniego Konkursu im. Henryka Wieniawskiego, Bomsori Kim, choć i jej przytrafiły się momenty świetnie rokujące na przyszłość, zwłaszcza w kontekście wspólnej płyty, która ukaże się za kilka miesięcy. Propozycję współpracy od Blechacza Kim otrzymała osobiście – pianista był pod wrażeniem jej wrażliwości i wyczulenia na jakość brzmienia. Ona sama przyznaje dziś, że fanką wybitnego chopinisty jest od czasów jego warszawskiego zwycięstwa w 2005 r. (dodając, że na początku e-mail od Rafała proponujący wspólne muzykowanie wydał się jej żartem).

Program koncertu był bardzo ciekawy i zapewne podyktowany fascynacjami polskiego pianisty. Nie mogło zabraknąć muzyki francuskiej, zwłaszcza Debussy’ego, i to nie tylko z racji jubileuszu, który świętujemy w tym roku: solową płytę z Estampes i Pour le piano cenię najwyżej z całego jego dotychczasowego dorobku. Znajduje się na niej również młodzieńcze preludium z fugą i sonata fortepianowa c-moll op. 8 Szymanowskiego – Szymanowski na skrzypce i fortepian zwieńczył również poznański koncert, z tym, że nie były to osławione Mity (pamiętacie rewelacyjny duet Zimerman – Danczowska?), a rzadziej wykonywana sonata z 1904 r. Artyści dołożyli do tego Mozarta i Fauré.

Blechacz był wyraźnie w formie i grał tego wieczoru pierwsze skrzypce, choć te de facto dzierżyła w ręce urocza Koreanka, ceniona przez poznańską publiczność od 2016 r. W czasie konkursowej rywalizacji w Auli UAM z dużą precyzją i niekłamanym wdziękiem wykonała wtedy II Koncert Wieniawskiego i Koncert Szostakowicza, który jednak pod jej palcami skrył się w cieniu hiperekspresyjnej (choć dla mnie niezbyt logicznej) wizji zwyciężczyni, Weriko Czumburidze. Skrzypaczka nagrała go niedawno z filharmonikami warszawskimi dla Warnera, nie wypowiadając niestety ani jednego nowego słowa. Jej fonograficzny debiut dla dużej wytwórni jest zwyczajnie blady, wygładzony, pozbawiony indywidualnych rysów i nieprzykuwający uwagi, podczas gdy arcydzieło Szostakowicza wymaga prawdziwej pasji i wielkiego, emocjonalnego zaangażowania. Moje obawy związane z deficytem osobowości potwierdziły się częściowo w piątek, zwłaszcza na początku, choć z drugiej strony Kim przypomniała publiczności jak pięknie brzmi jej instrument z 1774 r. autorstwa Johannesa Baptisty Guadagniniego, dysponujący dźwiękiem niezwykle nasyconym, przyprawiającym o dreszcz szczególnie w środkowym i niskim rejestrze.

Blechacz, ewidentny reżyser przedsięwzięcia, nadawał utworom potrzebny puls i kreował narrację. Usłyszeliśmy to już w pierwszych taktach sonaty F-dur KV 376 Mozarta, w której pianista naturalnie dominował nad skrzypaczką – model Mozartowskiej sonaty skrzypcowej opiera się na zdecydowanej przewadze fortepianu, choć od opus, które otwiera sonata F-dur, kompozytor wprowadza zasadę coraz śmielszego alternowania, a w końcu prawdziwego dialogu instrumentów, zrealizowanego zwłaszcza w trzech ostatnich wiedeńskich arcydziełach. Blechacz podszedł do swojej partii bardzo błyskotliwie, z wielką precyzją i wirtuozerią – uderzało tempo szybkich, a jednocześnie klarownych pasażowych przebiegów; jego kadencyjne ritenuta i agogiczne zróżnicowanie głównego tematu w finale nadały muzyce wyjątkowo retoryczny charakter. Na tym tle Kim zaprezentowała się nieśmiało i bezbarwnie, nieraz nie trafiając w dźwięk i tracąc intonacyjną czystość. Odniosłem wrażenie pewnej mechaniczności gry, która przeszkadzała mi również w jej konkursowym wykonaniu pierwszej części koncertu Mozarta. Nie można jednak odmówić obu artystom wspaniałego zgrania się i umiejętności wzajemnego partnerowania (niezłym wyczuciem wykazał się zwłaszcza uważnie wsłuchujący się w partię skrzypiec pianista – chapeau bas, Rafał). Dobrze wyważone proporcje instrumentalne miała sonata A-dur z op. 13 Fauré; tu również Kim ukazała nieco więcej brzmieniowych walorów swojego guadagniniego. Sama kreacja była nierówna i ostatecznie chyba Blechacz nadał jej więcej jakości, choć w niektórych kulminacjach czy scherzo Koreanka potrafiła oczarować frazowaniem i rodzajem dźwięku. Swoją drogą, warto zwrócić uwagę na to dzieło w kontekście dorobku francuskiego kompozytora, który uznawany jest często za dość konserwatywny – sonata ma rysy wybitnie indywidualne i trudno znaleźć jej odpowiednika w estetyce późnoromantycznej. Są w niej elementy stylu Mendelssohna i Schumanna, ale i charakterystycznie francuski wdzięk, również melodyczny, choć sama kantylena (zwróćmy uwagę na pierwszy temat!) rozwija się dość niespiesznie i nieustannie meandruje; fascynuje również wizjonerska chromatyczność czy osobliwe, krzyżowe rytmy chochlikowego, ale brzmiącego już dość nowocześnie scherza. Abstrakcyjna w wyrazie sonata g-moll Debussy’ego, ostatnie kameralne arcydzieło tego kompozytora, miała również ciekawe momenty, choć wiele subtelnych niuansów, także kolorystycznych, nie zostało w pełni zaprezentowanych. Zamykająca wieczór sonata d-moll op. 9 Szymanowskiego zapewne nie była znana większości publiczności, choć zaliczyć ją należy do najlepszych młodzieńczych dzieł polskiego twórcy. Jej pierwszymi wykonawcami byli Paweł Kochański i Artur Rubinstein – niestety, nie jest mi znane żadne nagranie zarejestrowane przez któregokolwiek z tych artystów. Oscylująca między epokami, ma w sobie findesieclową melancholię, patos i potężny ładunek ekspresji, jednocześnie dzięki poetyckiej delikatności duszą całego cyklu staje się środkowe Andante tranquillo e dolce. Poznańskie wykonanie nieraz dramaturgicznie grzęzło (trudno oddać wielkość tej muzyki, zwłaszcza przy tak gęstej fakturze), choć Kim wyłożyła tu swoje najlepsze atuty. Ostateczny wydźwięk był afirmacyjny, a bardzo efektowna koda szybko poderwała publiczność z krzeseł. Na bis nie mogło zabraknąć Chopina – osobiście w trakcie długich legat Lento con gran espressione cis-moll w opracowaniu Nathana Milsteina rozkoszowałem się przede wszystkim szlachetnością brzmienia instrumentu Bomsori.

Warto podkreślić, że muzycy ruszyli właśnie w trasę koncertową – obecnie podróżują po Polsce, jednak już wkrótce z tym samym programem mają występować zagranicą. Będzie to wielki sprawdzian dla koreańskiej skrzypaczki – czy próba podbicia estrad świata powiedzie się? Miejmy nadzieję, że jej wrażliwa muzykalność wypłynie jeszcze bardziej, a sonaty Mozarta czy Debussy’ego zyskają więcej skrzypcowego blasku. Bomsori będzie gościć w Poznaniu częściej – została artystą-rezydentem następnego sezonu. Co więcej, za kilka tygodni poznański duet zacznie nagrywanie płyty dla Deutsche Grammophon. Duża sprawa! Wierzę, że rezultat prześcignie to, co usłyszeliśmy na żywo.

 


RAFAŁ BLECHACZ, BOMSORI KIM: MOZART, FAURE, DEBUSSY, SZYMANOWSKI; AULA UAM W POZNANIU, 22 CZERWCA 2018 R.

Reklamy

Beethoven in English

Poprzedni wpis poświęcony albumowi Marthy Argerich zachęcił mnie do niewielkiego przeglądu interpretacji koncertów fortepianowych mistrza z Bonn. Niemal każdy z największych pianistów poprzedniego stulecia miał w swoim repertuarze choć jeden z nich. Raczej nie znajdziemy muzyka ani melomana, który byłby w stanie wyobrazić sobie dzieje sztuki dźwięku czy choćby programy sal koncertowych bez tych pięciu arcydzieł, ukazujących dojrzewanie stylu ostatniego wiedeńskiego klasyka i rozwój jego brzmieniowego uniwersum, która przeniknęło i de facto uformowało całe XIX stulecie. Tym razem zaprezentuję kilku beethovenistów z kręgu anglosaskiego, których dokonania cenię szczególnie (na przedstawienie kreacji pozostałych tytanów klawiatury przyjdzie czas nieco później, choć do wyczerpania tematu pewnie nawet się nie zbliżymy). Zwróćmy uwagę, że nie sposób posłuchać najpiękniejszego dostępnego na płytach Beethovena bez sporego cofnięcia się w czasie – zatrzymamy się na amerykańskich i brytyjskich nagraniach z lat 40., 50. i 60.

Zacznijmy od nieraz przypominanego Leona Fleishera, który podobnie jak słynny Paul Wittgenstein przez dziesięciolecia borykał się z niedowładem prawej ręki. Intensywnie leczona dystonia przerwała na długi czas jego błyskotliwą karierę i mimo, iż po latach walki ze schorzeniem Fleisher wrócił do fortepianu, nie osiągnął już mistrzowskiego poziomu sprzed paru dekad i skupił się na działalności pedagogicznej. Nagrywany od końca lat 50. wraz z orkiestrą z Cleveland pod batutą Szella komplet koncertów to również jeden z pierwszych (o ile nie pierwszy w ogóle) cykl nagrany przez Amerykanów (choć z węgierskim z pochodzenia dyrygentem). Wart jest słów najwyższego zachwytu, wyrażanego niegdyś ustami samego Richtera; obcowanie z tymi interpretacjami to nauka muzykalności, a także analizy kompozytorskiego tekstu i wynikających z niego zależności. Nie da się przejść obok nich beznamiętnie, angażują i wciągają bez reszty. Fleisherowi udaje się nadać muzyce żywy puls, artysta pochyla się nad każdym dźwiękiem, nie omija żadnego detalu, prześwietla harmonię, niczym rasowy reżyser buduje dramaturgię: frazy, a nawet tryle przemawiają do nas niczym aktorzy na scenie. Pianista dysponuje mocnym dźwiękiem, który jednak nieustannie opalizuje, osiągając dziesiątki dynamicznych odcieni. Właściwa mu wirtuozeria nawet na moment nie staje się oscentacyjna. Wszystko wydaje się dozowane w idealnych proporcjach, osiągając zanurzoną w ekspresji apollińskość – w końcu Beethoven, mimo swego nowatorstwa, komponuje w ramach klasycznego porządku! Clevelandczycy z Szellem wkładają w ritornele oraz dialogi z solistą całe swoje serce, przy okazji zaś podziwiamy ich niezwykłą sprawność i umiejętność kreowania napięcia. Wsłuchajmy się w powolne ogniwa koncertów… Adagio z V Koncertu przynosi najdoskonalszą syntezę solisty i orkiestry.

 

Kariera kolejnego z naszych bohaterów, Brytyjczyka Solomona została przerwana jeszcze gwałtowniej – w 1956 r. przeżył udar, po którym nigdy nie wrócił do pełnej sprawności. Nazwisko tego pianisty niemal zrosło się z twórczością ostatniego klasyka; w czasie swojego pierwszego publicznego występu w wieku 8 lat wykonał jego III Koncert. Solomon nagrywał Beethovena wielokrotnie, m.in. z orkiestrą Concertgebouw z Mengesem i Cluytensem czy BBC Symphony z Boultem. Co ciekawe, zasłynął jako wykonawca kadencji Clary Haskil do Allegro con brio wspomnianego koncertu c-moll. Pianista podkreśla dramatyzm partytury, unikając jednak romantycznej hiperemocjonalności. Mieści się w ramach artysty klasycyzującego – jego gra podkreśla kontrasty czy relacje harmoniczne, a w częściach środkowych kreuje chwilę eterycznego, subtelnego piękna; nie ma tu frazy potraktowanej bez zaangażowania. Kolejny wybitny Beethovenowski dramaturg.

 

Nie mogę nie wspomnieć uwielbianego przez Fleishera Williama Kapella, którego niemal każda interpretacja chwyta mnie mocno za serce. Kapell to legenda, która zamilkła zdecydowanie przedwcześnie – Willy zginął w 1953 r. w wieku 32 lat wracając samolotem z australijskiego tournée. Zdążył pozostawić po sobie tylko jedno oficjalne nagranie koncertu Beethovena, zarejestrowane dla RCA razem z NBC Symphony pod Golschmannem w 1946 r. Jak głosi anegdota wstrząśnięty nim Artur Schnabel zupełnie zepsuł swój występ. Będąc jednym z największych wirtuozów w dziejach, Kapell osiąga klarowność pojedynczego tonu w każdym przebiegu, a grając pochody drobnych nut z wyjątkowym temperamentem i w zawrotnym tempie tryska energią przypisaną młodzieńczemu opus. Przypominają się niemal nadludzkie techniczne zdolności Józefa Hofmana, okrzykniętego największym obok Rachmaninowa geniuszem klawiatury pierwszej połowy ubiegłego stulecia. Niezwykły rezultat uzyskuje precyzyjną, pomysłową artykulacją, współgrającą z autorskim, chłodnym, niemal ostrym rodzajem dźwięku. Autonomizacja partii obu rąk służąca niemal Gouldowskiemu z ducha szukaniu kontrapunktu przynosi nieraz zadziwiający, polirytmiczny efekt. Warto dodać, że jako nastolatek Kapell grał pod okiem swojej profesor Olgi Samaroff również Koncert c-moll – do dziś zachował się zapis jego dwóch ostatnich części.

 

Juliusa Katchena (kolejny przedwcześnie zmarły pianista!) wielu kojarzy przede wszystkim z interpretacjami muzyki Brahmsa, jednak nie można zapomnieć o cyklu koncertów Beethovena z przełomu lat 50. i 60. dla Decci z Gambą i London Symphony. Jakkolwiek nie dorównuje on Fleisherowi w zakresie ukazania harmonicznych smaczków, a niektóre pomysły możemy uznać za mniej trafione, otrzymujemy indywidualną wizję niepozbawioną emocji i niepokojów, wyrażanych nieraz w pojedynczych, urwanych dźwiękach czy mocnych basach na tle delikatnych szesnastek. Uderza nas wirtuozowskie potraktowanie pasaży czy trylów – błyskotliwa koda III Koncertu budzi podziw, choć zarazem wydaje się nieco zapędzona. Wiele satysfakcji sprawia energetyczna gra znakomitej orkiestry, która współpracuje z Katchenem, stosującym sporą rozpiętość temp, z dużą elastycznością i wrażliwością. A zatem – mimo upływu lat wciąż jedno z bardziej wartościowych nagrań.

 

Kolejny z wielkich, Rudolf Serkin poszczególne koncerty nagrywał wielokrotnie. Najsłynniejsze są rejestracje, które po wznowieniu trafiły niedawno na box wydany przez Sony – to Trójka i Piątka z Bernsteinem i Nowojorczykami (lata 60.) oraz pozostałe koncerty z Philadelphia Orchestra pod Ormandym (lata 50.). Ciekawość budzi zwłaszcza Bernsteinowska wizja orkiestrowego partnerstwa – nieortodoksyjna, giętka, niepozbawiona afektacji i pełna instrumentacyjnych detali, jednak dla niektórych wręcz obrazoburcza. Zupełnie inaczej jest w przypadku solisty – Serkin pod wieloma względami staje się wzorcowym beethovenistą, jego gra jest retoryczna, raczej powściągliwa w tempach, cechująca się przestrzennym frazowaniem i niemałym zróżnicowaniem charakteru – od pewnego chłodu, przez liryzm ocierający się o medytację (zatrzymane Adagio z Koncertu „Cesarskiego”) po brzmienia silne i masywne. Pulsujący, pełen zaskoczeń II Koncert to prawdziwy teatr napięć. Jedna z najlepszych wersji (o ile nie najlepsza) w dyskografii.

 

Na koniec wspomnieć trzeba pianistę, którego zapracowana sylwetka w studio Columbii pojawia się na stronie tytułowej niniejszego bloga. Glenn Gould, enfant terrible w gronie XX-wiecznych artystów, przy nagrywaniu swojego kompletu współpracował m.in. ze Stokowskim, Bernsteinem i Golschmannem. Rezultatem są interpretacje bardziej powściągliwe niż w przypadku Beethovenowskich sonat – pełne ciepła i swoistego liryzmu, choć ekscentryczna osobowość daje o sobie znać w śmiałych akcentach, przesunięciach agogicznych czy relatywnie oszczędnym użyciu pedału połączonym z nieustannymi próbami polifonizacji partii fortepianu. O ulubionym IV Koncercie Gould mawiał, że jest arcydziełem najwyższej kondensacji materiału, wyobraźni, dyscypliny i doskonałej jedności z partią solową. Ponoć nauczył się go słuchając z płyt interpretacji Schnabla z 1942 r.

 

Post scriptum: czy słyszeliście Państwo nagranie IV Koncertu z Myrą Hess w roli głównej (1952 r.)? Wybitna brytyjska pianistka zostawiła po sobie chyba najbardziej poetycką wizję opus 58. Przesłuchanie rejestracji live pozostałych koncertów w jej wykonaniu to prawdziwie pasjonująca przygoda, do której zachęcam.