Niewielu muzyków budzi wśród melomanów w Poznaniu tak wielkie emocje jak Rafał Blechacz. W obecnym sezonie jest artystą-rezydentem tutejszej filharmonii, czego konsekwencją są aż trzy zakontraktowane występy w Auli Uniwersyteckiej. W miniony piątek, podczas drugiego z zaplanowanych wieczorów sala pękała w szwach podobnie jak kilka miesięcy wcześniej (setka melomanów zmuszona była stać po bokach). Polskie uwielbienie dla Blechacza ustępuje jedynie czci okazywanej Zimermanowi – o tym, że muzyk stał sie naszym dobrem narodowym niech świadczy fakt, że jakiś czas temu widziałem jego zdjęcie na promującej Polskę wystawie poświęconej stuleciu Niepodległości przed Zappeionem w Atenach. Pytanie jest zatem zasadnicze: czy jego gra zasługuje na tak niezwykły entuzjazm słuchaczy?

Na program koncertu z orkiestrą poznańskich filharmoników Blechacz wybrał arcydzieło Wolfganga Amadeusza Mozarta – koncert fortepianowy A-dur KV 488. Widząc jego zapowiedź kilka miesięcy temu natychmiast przypomniałem sobie moment, kiedy usłyszałem Blechacza po raz pierwszy – jakieś pół roku przed zwycięskim dla niego Konkursem Chopinowskim w 2005 r. Kamery TVP Kultura zarejestrowały wówczas jego wykonanie tego samego koncertu. Nie pamiętam, która z polskich orkiestr towarzyszyła soliście, zapamiętałem natomiast błyskotliwość i wdzięk emanujący z Mozartowskiej partytury. Dziś od 32-letniego pianisty można oczekiwać, że do znanego niemal od dzieciństwa utworu podejdzie w sposób nieco bardziej pogłębiony, eksplorując jego operowy charakter (koncert powstał w trakcie tworzenia Wesela Figara) i wynikającą z niego dramaturgię, w której smutek w magiczny sposób splata się z radością. Zwłaszcza, że partnerem Blechacza był sam maestro Paul McCreesh, jeden z najważniejszych przedstawicieli wykonawstwa historycznego, znawca muzyki Mozarta i XVIII-wiecznej estetyki. Na jego polecenie, zgodnie zresztą z coraz powszechniejszą praktyką, zdecydowanie zredukowano wielkość kwintetu smyczkowego, co w obliczu pozbawionej jakiegokolwiek natchnienia sekcji dętej (flet, dwa fagoty, dwa rogi i nadające wyjątkowy nastrój dwa klarnety) okazało się jednak pomysłem nieco zbyt radykalnym.

rafalblechacz
Rafał Blechacz i Paul McCreesh w Auli UAM w Poznaniu (za: facebook.com/FilharmoniaPoznanska)

Niestety, zwłaszcza w pierwszych dwóch częściach gra Blechacza nie zachwycała – nużyła bowiem dość jednolitą artykulacją, jednostajnym rodzajem dźwięku (nie można mu wszelako odmówić poetyckiego charme) i brakiem różnicowania pedalizacji; mówiąc krótko, trąciła akademicką poprawnością. Wydawała się pozbawionym głębszej interpretacji odegraniem fraz; zgoda – niezwykle precyzyjnym (co jest zapewne owocem fascynacji Krystianem Zimermanem, zwłaszcza na początku kariery), ale jednak pozbawiającym to dzieło sporej części jego walorów. Nie jest to bynajmniej zarzut nowy, pojawiał się choćby w recenzjach ostatniego występu pianisty w Warszawie przed trzema laty. Tu zaś nawet w rozdzierającej serce lamentacji, jaką jest centralne Adagio w wyjątkowej tonacji fis-moll emocje pozostały ukryte. O ile więcej wzruszeń można wydobyć z tej niezwykłej melodii i jej przekształceń! Uderza prostota środków kompozytorskich i jednoczesna zdolność uzyskania tak wyrazistej ekspresji – trzonem jest tu bowiem zwykła gama opadająca ujęta w dwóch równoległych liniach, opracowana tak, by każda nuta potęgowała tragizm. Zadaniem pianisty jest ciągłe różnicowanie frazowania i ukazywanie rytmicznej nieregularności melodii, czego w piątek nie doświadczyłem. Najciekawszy wydał mi się finał, pełne życia Allegro assai, najpiękniejszy dowód tego, jak daleko u Mozarta sięgają możliwości tonacji A-dur. Alfred Einstein stwierdza, że „A-dur to u kompozytora tonacja barwności, przejrzystości, kościelnego witrażu” – i taką właśnie promienną, słoneczną jasnością cechuje się to rondo. Blechacz nieco zniuansował artykulację i dyskurs między prawą i lewą ręką (piękny początek przetworzenia!), a precyzja służyła oddaniu klarowności faktury; możemy jedynie żałować, że w dialog z klarnetem, który inicjuje w jednym z kupletów marzycielski temat w D-dur obaj soliści nie włożyli nieco więcej serca. Koncert ma wybitnie konwersacyjny charakter, zatem przy pozbawionych pasji i nierzadko fałszujących instrumentalistach z orkiestry nie można mówić o końcowym sukcesie. Wiwatująca poznańska publiczność wymusiła na pianiście dwa bisy: zabrzmiał Mazurek C-dur z op. 24 Chopina, zagrany poprawnie, z zachowawczością godną konkursu pianistycznego i przede wszystkim Intermezzo A-dur z op. 118 Brahmsa. Był to bodaj najlepszy moment całego występu – Blechacz ujął mnie podkreśleniem poetyckiej, niemal belkantowej właściwości głównego głosu, zanurzonego w polifonicznym alembiku późnego Brahmsowskiego romantyzmu.

Po przerwie usłyszeliśmy poznański zespół w komplecie: drugą część wypełniła Symfonia koncertująca Hektora Berlioza, jeden z moich ulubionych utworów z XIX-wiecznego francuskiego repertuaru, owoc szalonej, romantycznej miłości twórcy do aktorki Harriet Smithson. Ten orkiestrowy majstersztyk wymaga osobnego omówienia, również z racji sporej liczby nagrań, które zasługują na uwagę Czytelników – na czele z Minkowskim z muzykami z Luwru, Maazelem z wiedeńczykami czy Bernsteinem z orkiestrą z Nowego Jorku. Dążąca do autentyzmu koncepcja McCreesha była sugestywna – dyrygent śmiało operował kontrastami, w częściach szybkich nadawał muzyce wartkość, z drugiej strony zamknięcie środkowego ogniwa, Sceny pośród pól (Scène aux champs) zabrzmiało wręcz kontemplacyjnie. Artysta nadał szczególną rolę perkusji (kotły brzmiały niezwykle donośnie), z wdziękiem zaprezentowały się również dwie harfy, bez których nie może się odbyć scena Balu (Un bal). Wielokrotnie pisałem o cechującym większość wykonań miejscowych filharmoników braku precyzji, zwłaszcza w pionach harmonicznych, fałszach waltornistów czy pozbawionym zaangażowania prowadzeniu frazy przez instrumenty dęte – mimo wysiłków McCreesha poznańska Fantastyczna nie była wolna od tych defektów, choć prezentujący idée fixe klarnecista (w tym ten grający sarkastyczno-upiorną modyfikację tematu ukochanej na klarnecie C w finałowym Sabacie) wykazał się kilkakrotnie niemałą muzykalnością. Należy również przyznać, że w najbardziej monumentalnych fragmentach symfonii, kulminacjach IV i V części, pozostająca pod kontrolą, jednocześnie bardzo ekspresyjna gra orkiestrowego tutti nie mogła nie wywierać wrażenia: pogrzebowe Dies irae zostało niemal wykrzyczane, a koda uderzyła w audytorium z siłą huraganu. Aplauz publiczności nie mógł być większy, ja zaś czekam na powrót brytyjskiego kapelmistrza do stolicy Wielkopolski.

 


RAFAŁ BLECHACZ, ORKIESTRA FILHARMONII POZNAŃSKIEJ, DYR. PAUL MCCREESH: MOZART, BERLIOZ; AULA UAM W POZNANIU, 18 MAJA 2018 R.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s