Kolejny zwycięzca Konkursu Chopinowskiego zawitał do Polski. Paradoksalnie polscy triumfatorzy najbardziej prestiżowego turnieju pianistycznego świata bywają u nas rzadziej niż ich zagraniczni odpowiednicy. Garrick Ohlsson, który wystąpił w ubiegłym tygodniu we wrocławskim Narodowym Forum Muzyki dwukrotnie jest polskiej publiczności znany bardzo dobrze – kilka razy był jurorem Konkursu Chopinowskiego, występował również na „Festiwalu Chopin i Jego Europa”, grając między innymi na fortepianach historycznych. Jego kariera po Chopinowskiej wiktorii w 1970 r. nabrała niebywałego rozpędu (wcześniej wygrał dwa inne znaczące konkursy w Bolzano i Montrealu) – podobno anulował wówczas wiele koncertów, by pojawić się choć w niektórych salach koncertowych, od których otrzymał zaproszenia. Niewielu pianistów dysponuje tak rozległym repertuarem jak Ohlsson, obejmującym 80 koncertów z orkiestrą, od Bacha po muzykę XXI wieku. Przed przylotem do Polski grał w Hiszpanii recitale z utworami de Falli, za chwilę będzie go można usłyszeć w rodzinnych Stanach, gdzie razem z Boston Symphony, New York Philharmonic i orkiestrą z Cleveland zagra Rachmaninowa i Busoniego. Co roku publikuje co najmniej jedną płytę, najczęściej nakładem wytwórni Hyperion (wybitny album z sonatami Skriabina z 2016 r. powinien znaleźć się na półce każdego Czytelnika), kolejna, jak zdradził mi po wrocławskim występie, będzie zawierać późne dzieła fortepianowe Brahmsa. Imponujące, prawda? To nie wszystko – Ohlsson uważany jest również za jednego z najwybitniejszych kameralistów, regularnie występuje z Emerson String Quartet czy Takacs Quartet, współpracuje z Jessie Norman i Hillary Hahn, a w San Francisco założył FOG Trio. Spektakularny przykład kariery, którą zapoczątkowuje warszawski konkurs.

aaaa

Ohlsson od zawsze miał opinię wybornego wirtuoza – sam z ujmującą szczerością wielokrotnie podkreślał, że większość dzieł fortepianowych nie sprawia mu szczególnych technicznych trudności. Wybór programu piątkowego wieczoru (w środę Ohlsson grał dzieła solowe Beethovena, Skriabina i Schuberta) – Koncert fortepianowy Samuela Barbera z lat 1960-62 – wydawał się zatem naturalnym wyborem, zwłaszcza w kontekście fascynacji Ohlssona muzyką ostatnich dekad. Dość powiedzieć, że poziom skomplikowania pierwszej wersji finału był tak duży, że John Browning, któremu utwór był dedykowany, a nawet sam Vladimir Horowitz twierdzili, że ostatniego ustępu nie da się zagrać tak, jak życzy sobie tego autor. Ostatecznie koncert odniósł duży sukces jeszcze za życia Barbera (otrzymał za niego Nagrodę Pullitzera), w czym spora zasługa jego pierwszego wykonawcy, który pozostawił po sobie rewelacyjne nagranie z symfonikami z Cleveland pod batutą George’a Szella.

Ohlsson, któremu partnerowała Orkiestra NFM pod Giancarlo Guerrero wykonał go nieco spokojniej niż Browning, co dało się słyszeć już choćby w akordowej, solowej introdukcji do pierwszej części. Intencją pianisty było to, aby interpretacji nie zdominował czynnik wirtuozowski. Trudno jednocześnie nie zachwycić się, z jaką swadą, a wręcz nonszalancją amerykański artysta wydobywał karkołomne dźwięki ze swojego steinway’a, zwłaszcza w efektownej kadencji. Jednak dopiero w środkowej canzonie oscylującej wokół słodko-gorzkiego cis-moll oczarował najbardziej. Do głosu doszedł tutaj liryzm, z lekka chłodny, osiągany przede wszystkim barwą – wysublimowaną, opalizującą feerią odcieni. Nie nadużywając pedału, dysponując zniuansowaną artykulacją i mistrzowskim, delikatnym touché wykreowany został nastrój, który na długo zostaje w pamięci. Szkoda jedynie, że na dialogi solisty z mniejszą pasją odpowiadali instrumentaliści wrocławskiej orkiestry. Melodycznie wyrafinowane piękno tego ogniwa, zaczerpnięte z wcześniejszej Elegii na flet i fortepian sytuuje je gdzieś obok Ravelowskiego Adagia z Koncertu G-dur – Barber po raz kolejny, po słynnym Adagio for Strings dowodzi tu kunsztu swojej inwencji. Niezwykle energetyczny finał z niemal demonicznym ostinato miał z kolei pod palcami Ohlssona wspaniale przeprowadzoną dramaturgię – każde wejście głównego tematu zostało ukazane nieco inaczej. Mimo pewnych wpadek trzeba docenić zespolenie fortepianu z brzmieniowym masywem wielkiej orkiestry, w którym prym wiodła perkusja i blacha.

Ohlsson, uważany za jednego z najważniejszych obecnie interpretatorów muzyki Chopina, w części pozaregulaminowej występu nie mógł pominąć muzyki mistrza z Żelazowej Woli. Zwłaszcza w Mazurku cis-moll z op. 50 dało się usłyszeć artystę świetnie konstruującego formę dzieła i doszukującego się napięć w relacjach harmonicznych. Nie jest to granie literalnie romantyczne, ale na swój sposób poetyckie i bardzo subtelne.  W Grande Valse Brillante Es-dur op. 18 pianista wyraźnie zaakcentował kołyszący, taneczny rytm – przez chwilę naprawdę można było poczuć atmosferę paryskiego salonu, wypełnionego szeleszczącymi sukniami mademoiselles. W kontekście opus 18 brzmiało to jak prawdziwe wskrzeszenie walca, odległe od wielu współczesnych quasi-tanecznych fantazji, w których echa walca jedynie pomrukują.

Wspomnieć trzeba jeszcze o dwóch innych utworach, które zabrzmiały tamtego wieczoru, tym razem z wrocławską orkiestrą w roli głównej. Rozpoczął go 10-minutowy Gambit Esy-Pekki Salonena z 1998 r., żywo eksplorujący możliwości pentatoniki, zarazem swoista uwertura do dzieła Barbera. Drugą część wypełnił orkiestrowy samograj – IX Symfonia e-moll „Z Nowego Świata” Antonina Dvoraka. Neurotyczna wizja Guerrero nie pozwalała jednak na dostrzeżenie pełnego bogactwa tej partytury – czemu bowiem miały służyć szaleńcze tempa skrajnych ogniw, w których piony harmoniczne co rusz się rozchodziły, a melodiom nie dawano szansy, by po prostu wybrzmiały? Rewizjonizm wykonawczy nie musi się kojarzyć źle – wystarczy przytoczyć przykład nietrafionego, zbyt prędkiego tempa wielu nagrań uwertury do Mozartowskiego Figara czy niepotrzebnie rozwleczonej dramaturgii sceny z Komandorem w Don Giovannim. O ile ciągłe przyspieszenia w początkowym Allegro molto zbiły z tropu, o tyle zupełnie przeciwna i równie skrajna agogika miała swój urok w medytacyjnym Largo. Jak ktoś zauważył, w tym ujęciu świetnie udźwiękawiałoby niebiańskie dłużyzny filmów Terence’a Mallicka. Koncert był ze wszech miar amerykański, zatem nawiązanie wyjątkowo celne…

Browning i Szell w Koncercie Barbera (1964 r.):

 

GARRICK OHLSSON, ORKIESTRA NFM, DYR. GIANCARLO GUERRERO: SALONEN, BARBER, DVORAK; NARODOWE FORUM MUZYKI WE WROCŁAWIU, 13 KWIETNIA 2018 R.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s