Bardzo się ucieszyłem, gdy przed kilkoma laty koncert klarnetowy A-dur KV 622 Mozarta znalazł się na podium w plebiscycie na ulubiony utwór słuchaczy zachodnioniemieckiej rozgłośni radiowej WDR 3. Mam do niego szczególny sentyment – spośród całej koncertowej literatury jest dziełem, które nie ma odpowiednika, a pośród Mozartowskich arcydzieł na instrument solowy i orkiestrę ma status primus inter pares. Słynny film Sydneya Pollacka „Pożegnanie z Afryką” niewątpliwie zawdzięcza aurę wyjątkowości liryzmowi Adagia, towarzyszącemu baśniowym obrazom afrykańskiej przyrody.

Koncert klarnetowy pozbawiony jest dźwiękowych fajerwerków – to muzyczny poemat, którego siła tkwi w prostocie i delikatności. Mozart przekracza tu granice XVIII-wiecznego concertare, sięgając do idiomu muzyki kameralnej, a rozwój narracji buduje na wręcz intymnym zbliżeniu solisty i masy orkiestrowej, wysubtelnionej do granic kompozytorskich możliwości. Nie ma tu miejsca na antagonizujący dramatyzm i kontrastowość w znaczeniu zderzenia sola z tutti (brak kadencji!); w ostatnich dwu arcydziełach stylu koncertowego – koncercie fortepianowym B-dur KV 595 i koncercie klarnetowym – udaje się bowiem osiągnięcie całkowitego zespolenia wszystkich czynników formotwórczych, także w warstwie fakturalnej. Mamy wrażenie nieustającego przepływu melodii, frazy nakładają się na siebie i wzajemnie z siebie wynikają. Cóż za logika, naturalność, jakby ta muzyka istniała od zawsze w nietkniętej postaci! Puls jest niczym nieskrępowany, a naszym uszom przedstawia się nieprzerwany ciąg melodii. Połączmy to z wybitną, pełną najsubtelniejszych niuansów inwencją – po jednorazowym przesłuchaniu pamiętamy chyba każdy temat koncertu. Obcujemy tu z prawdziwą liryką – niewokalną, choć o niemniejszej sile ekspresji niż w przypadku pieśniowych arcydzieł.  Melancholia tego opus może być w pewnym sensie złudna, gdyż napięcia zostały sformatowane do mikroskali i rozgrywają się na poziomie drgnięć dźwiękowej materii. Mamy tu cały mikrokosmos obficie serwowanej chromatyki oraz częste i bolesne dysonanse, których jednak nie pozostawia się bez prędkiego rozwiązania. Wsłuchajmy się w 50-taktowe przetworzenie pierwszego Allegra: swoiste dźwiękowe katharsis, zwłaszcza w drugiej fazie, gdy wydaje się, że nie ma już wyjścia (alea iacta est!), a powrót durowego tematu repryzy jest jakby wymuszony. Temat wieńczącego cykl ronda jest z początku pogodny, jednak ulega dramatycznym transformacjom, a ucieczka do równoległego fis-moll w jednym z epizodów przywodzić może na myśl plan tonalny koncertu fortepianowego A-dur KV 488. Zwróćmy jednak uwagę, że owo fis-moll (Adagio) miało tam swoje następstwo w radosnym, rozwiewającym mroki A-dur finału, tu zaś, w atmosferze swoistego rozkładu frazy, kieruje myśli odbiorcy ku sprawom ostatecznym. Namiętne, choć pozbawione ekstatycznego żaru kantyleny to owoc finalnego artystycznego spełnienia Mozarta jako twórcy wyzwolonego i w pełni niezależnego. Oto KV 622, ostatnia wielka i ukończona kompozycja: dźwiękowa rozkosz, łabędzi śpiew, takt po takcie wypływający z potrzeby serca, pisany w twórczym uniesieniu; afirmacja muzycznego umiaru. Ekspresyjny monumentalizm tego dzieła rozgrywa się w jego duszy.

Koncert zapewne nie zostałby przyjęty owacyjnie przez neurotyczne gusta wiedeńczyków. Jego premiera odbyła się w październiku 1791 r. w Pradze, na kilka tygodni przed śmiercią autora. Ciekawe, jak zareagowali pierwsi słuchacze; opinie krytyków miały raczej pozytywny wydźwięk. Zachwycano się grą Antona Stadlera, prywatnie przyjaciela kompozytora i wolnomularza – jemu też utwór był dedykowany. Wspomniany wątek masoński jest nie bez znaczenia – klarnety i basethorny należały do symbolicznego instrumentarium masonerii, a posiadający takie konotacje Czarodziejski Flet czy mistrzowska, z ducha prawie Mahlerowska Masońska muzyka żałobna (Maurerische Trauermusik) c-moll KV 477 są najlepszymi przykładami tych asocjacji. Stadler był Mozartowi wyjątkowo bliski: mimo sporych kłopotów finansowych twórca Requiem wielokrotnie zapożyczał się, by wesprzeć dukatami swojego brata z loży. Z wielką wirtuozerią grał na klarnecie basetowym w stroju A, instrumencie dziś już niespotykanym, bardzo rzadkim także w czasach współczesnych obu artystom. Wiele XX- i XXI-wiecznych nagrań zostało zarejestrowanych na podobnie brzmiącym basethornie. Aby utwór wykonać na dzisiejszym klarnecie niektóre najniższe i nieosiągalne na nim dźwięki zwykło się transponować w górę (klarnet basetowy sięgał o tercję niżej).

a
Lorenzo Coppola gra na współczesnej kopii klarnetu basetowego (clarinette d’amour), którego rozpiętość skali sięga aż 4 oktaw (za: http://blogs.cornell.edu).

Niniejszy mały przegląd interpretacji KV 622 otwiera jeden z najbardziej kontrowersyjnych Mozartowskich albumów. W latach 50. XX wieku, gdy o wykonawstwie historycznie poinformowanym nie było jeszcze mowy, koncert został nagrany przez bostończyków pod Charlesem Munchem, z Bennym Goodmanem – królem swingu – w roli solisty. Niewątpliwie jest to interpretacja, której moc nieco przygasła, a brzmienie klarnetu Goodmana nieco dziś irytuje. Nie można tu mówić o zbyt ekstrawaganckim potraktowaniu partii solowej przez jazzowego gwiazdora – paradoksalnie nagranie tchnie pewnym akademizmem i brakiem retorycznego pulsu, również w dość prostolinijnej warstwie orkiestrowej. W latach 80. rozgłos zdobyły zwłaszcza dwie pozycje z udziałem zrekonstruowanego klarnetu basetowego. Najpierw pojawiła się płyta Davida Shifrina z Mostly Mozart Orchestra pod batutą Gerarda Schwarza – wreszcie mieliśmy okazję posłuchać basetowego niskiego rejestru, w którym specjalizował się Anton Stadler. Shifrin z wielką wrażliwością kształtuje frazę, poetycko wyśpiewując na klarnecie bel canto – na tą romantyczną estetykę patrzymy dziś przez pryzmat najnowszych dokonań, wciąż jednak owe old-fashioned dostarcza nam wiele satysfakcji. Warte uwagi jest także nieco późniejsze nagranie Antony’ego Paya i Academy Of Ancient Music z Christopherem Hogwoodem.

W ostatnich dwu dekadach dyskografia koncertu wzbogaciła się o nagrania prawdziwie genialne. Mam tu na myśli przede wszystkim płytę Deutsche Grammophon z 2013 r. z Alessandro Carbonare i bolońską Orkiestrą Mozart pod Claudio Abbado. W stronę muzyki wielkiego salzburczyka Abbado zwrócił się pod koniec życia ze zdwojoną siłą, a nagranie koncertu klarnetowego (na płycie znajduje się również drugi koncert fletowy i koncert fagotowy) jest jednym z najlepszych efektów analizy Mozartowskich partytur przez włoskiego maestro. Wyróżnia je wybitnie liryczny charakter – partia solisty i orkiestry jest niemal stopiona, a dźwięk współczesnego klarnetu zarówno w wysokich, jak i niskich rejestrach został znakomicie zbliansowany. Aksamitne, ciepłe brzmienie, niewybijająca się na pierwszy plan wirtuozeria w służbie narracji i wspaniałe zrozumienie XVIII-wiecznej muzycznej retoryki to największe atuty tej interpretacji. Proszę wsłuchać się w modelowanie frazy, subtelności w dziedzinie artykulacji, opalizowanie barwy, wywiedzione z retorycznej analizy rubatowe wahnięcia pulsu i mikrokadencje – magiczne zatrzymanie czasu w przetworzeniowej sekcji finałowego ronda nigdy nie brzmiało piękniej. Prawdziwie medytacyjne jest za to środkowe Adagio w interpretacji Freiburger Barockorchester i Lorenzo Coppoli (Harmonia Mundi, 2008), który zarejestrował koncert na clarinette d’amour. Płyta wywołała swego czasu spory rezonans – słyszmy bowiem instrument, który ma być wierną współczesną kopią klarnetu Antona Stadlera. To wykonanie pełne życia, niemal operowe w swych kontrastach, zarazem bardzo autentyczne, w czym wielka zasługa mistrzowskiej orkiestry. Skłonność do wyrażania ekspresji poprzez podkreślanie napięć wyróżnia głośne nagranie Martina Frösta i Deutsche Kammerphilharmonie Bremen z 2013 r. dla wytwórni BIS. Fröst jawi się nam jako wirtuoz, który rozsadza dzieło od wewnątrz, ze swadą, ale i wdziękiem rozprawiając się z szesnastkowymi pasażami i gwałtownymi, oktawowymi skokami. Prowadząc zespół od instrumentu stosuje śmiałe sforzata, odkrywa nowe pokłady dramaturgii, odsuwając w częściach skrajnych pierwiastek melancholijo-poetycki na plan dalszy. Dekadę wcześniej artysta nagrał koncert z Amsterdam Sinfonietta – wtedy również nie brakło głosów zachwytu.

Oto Martin Fröst w nagraniu live z duńskimi symfonikami (Danmarks Radio SymfoniOrkestret):

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s