Stało się! Krystian Zimerman otworzył tegoroczny Festiwal Beethovenowski w Warszawie – ba, okazał się wyjątkowo hojny: zagrał w Warszawie dwa razy, w ostatni piątek i sobotę. Wielka to szczodrość, bowiem Zimerman odwiedza Polskę bardzo rzadko, co spowodowane jest między innymi wieloletnim sporem finansowym artysty z organizatorem jego polskiego tournée w 2009 r. W czasie próby pianista obwiesił swojego steinway’a kartkami z postulatami ostatecznego rozliczenia się za występy sprzed 9 lat.

Zimerman w obecnym sezonie wykonuje w zasadzie jeden utwór: II Symfonię „The Age od Anxiety” Leonarda Bernsteina. To swoista symfonia koncertująca z fortepianem, dzieło odwołujące się do estetyki neoklasycznej, inspirowane Szostakowiczowskim poczuciem ironii, ze słynną, energetyczną The Masque, napisaną przez wręcz rasowego jazzmana i kompozytora ragtimowego, wreszcie – z autocytatami z musicalu On the Town. The Age of Anxiety jest muzyczną odpowiedzią Bernsteina na poemat W. H. Audena o tym samym tytule, oznaczającym „Wiek niepokoju”. Powstał w okresie powojennym i wyraża bolączki tamtych czasów – swoją drogą, wydaje się, że wcale nie stracił wiele ze swej aktualności. Skąd taki wybór? Celebrujemy właśnie setne urodziny amerykańskiego maga batuty i kompozytora, kojarzonego przede wszystkim z twórczością musicalową (któż z nas nie zachwycał się West Side Story, które doczekało się fantastycznej ekranizacji z Natalie Wood i Richardem Beymerem w rolach głównych). Zimerman był pod koniec życia tegorocznego jubilata jego ulubionym pianistą – żaden nie wystąpił u boku Bernsteina częściej. Relacja artystów, których dzieliło niemal 30 lat jest jedną z najciekawszych w najnowszej historii muzyki.

Zimerman od dawna należy do moich ulubionych współczesnych pianistów – niezwykle cenię precyzję (słowo perfekcjonizm zazwyczaj odmienia się w kontekście jego nazwiska przez wszystkie przypadki), umiejętność formowania napięcia i brzmienie jego autorskiego fortepianu, rozpoznawalne od pierwszych taktów. Atuty jego pianistyki słychać było w czasie sobotniej interpretacji II Symfonii Bernsteina w towarzystwie Orkiestry Filharmonii Narodowej pod Jackiem Kaspszykiem. Prawdopodobnie trudno o lepsze odczytanie dramatów i żywiołów, targających tą kompozycją. Należy jednak dodać, że utwór arcydziełem nie jest, bywają momenty zwyczajnie przegadane, a rozmach olbrzymiej orkiestry przytłacza. Na całe szczęście są tacy artyści jak Zimerman, który wykrzesał z tej partytury niemal wszystko. Doświadczyliśmy więc momentów najsubtelniejszego liryzmu, objawiającego się w grze dźwiękowymi plamami, jak i radosnego swingowania we wspomnianej Masce. Tak, tak, swingujący z prędkością komety Zimerman wsparty kontrabasem, w towarzystwie perkusyjnego ensamblu to widok niecodzienny i crème de la crème wieczoru w Filharmonii Narodowej. Zimerman znakomicie odczytał Bernsteinowską narrację – każdy dźwięk (partia fortepianu ogranicza się tu czasem do rzucanych od czasu do czasu pojedynczych akordów) miał wymowę głęboko retoryczną. Artysta po mistrzowsku kontrolował emisję kreowanego przez siebie brzmienia, jednocześnie wyraźnie chciał mieć również wpływ na czynnik orkiestrowy – urocze było równoległe do Kaspszyka dyrygowanie smyczkami spod fortepianu. Podobać się mogły również dialogi instrumentów dętych, zwłaszcza wejścia klarnecistów, których należy docenić za zaangażowanie i subtelność w ledwie słyszalnym pianissimo. Natomiast nieco irytowały – nawet z perspektywy II balkonu – brzmieniowe proporcje między solistą a orkiestrą z gigantyczną sekcją dęto-perkusyjną, która nieraz zakrywała dźwięk fortepianu, zaś samo tutti bywało zbyt jednorodne, a wręcz ogłuszające. Niektóre zarzuty kierować musimy do samego kompozytora – nie sposób bowiem znaleźć fortepian, który przebiłby się przez forte niemal 100-osobowej orkiestry.

Przed przerwą warszawscy filharmonicy wykonali również III Symfonię „Eroikę” patrona festiwalu. Nie pamiętam sytuacji, by nie zamyka wieczoru; w tym przypadku 50-minutowe opus magnum Beethovena było rodzajem supportu przed pojawieniem się gwiazdy w drugiej części koncertu. Otrzymaliśmy wykonanie na wysokim poziomie – świadome, ze słyszalnymi tu i ówdzie artykulacyjnymi smaczkami oraz prawie bezbłędną i dialektyczną partią waltorni w trio Scherza. Marszowi żałobnemu brakowało nieco pulsu (wlókł się niemal 20 minut), choć smyczki brzmiały momentami bardzo żarliwie – któż nie zwrócił uwagi na wyjątkowo piękne, retoryczne kontrabasy na początku przeprowadzenia głównego tematu… Interpretacja daleka była od rozwiązań nowatorskich – łączyła w sobie wykonawczą tradycję i elementy brzmieniowe charakterystyczne dla modnych dziś nagrań na instrumentach z epoki, zwłaszcza w ostrych wejściach blachy i potężnie wyeksponowanych kotłach.

To jednak nie Beethoven, a Zimerman, fetowany przez publiczność jak gwiazda rocka wzbudził sięgające zenitu emocje. To on nadawał muzyce Bernsteina pęd, ogarniał jej wieloznaczność, był swoistym mistrzem ceremonii – mając przecież legitymację pochodzącą od samego twórcy:

(Krystian Zimerman i Leonard Bernstein, London Symphony Orchestra; The Age of Anxiety, 1986 r.)

Podobnie jak w przypadku koncertu fortepianowego Lutosławskiego, do którego Zimerman powrócił w 2015 r. po kilku dekadach – uzyskując interpretację pogłębioną i prawdziwie genialną – tak i w przypadku dzieła Bernsteina gruntowna analiza po latach opłaciła się.

Już wkrótce parę słów o najnowszej płycie Zimermana z dwiema ostatnimi sonatami Franciszka Schuberta.

 

KRYSTIAN ZIMERMAN, ORKIESTRA FILHARMONII NARODOWEJ, DYR. JACEK KASPSZYK: BEETHOVEN, BERNSTEIN; FILHARMONIA NARODOWA W WARSZAWIE, 17 MARCA 2018 R.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s