Mozartowska synteza: fortepian i orkiestra. Błysk geniuszu Anderszewskiego

bbb

Jeśli doszukiwać się kamieni milowych w ewolucji sztuki dźwięku w XVIII wieku, to z całą pewnością jednym z wydarzeń, których rangi nie sposób przecenić było skomponowanie przez 21-letniego Mozarta pierwszego arcydzieła na fortepian i orkiestrę – koncertu fortepianowego Es-dur KV 271, zwanego Jeunehomme-Konzert. Alfred Einstein w słynnej Mozartowskiej monografii nazywa go „Eroiką Mozarta”. Koncert Es-dur faktycznie jest dla jego opus tym, czym dla Beethovena jego III Symfonia – dziełem, które wyniosło język muzyczny epoki na nowy poziom, krystalizacją nowego stylu, wyjątkowym połączeniem indywidualizmu i nowatorstwa, prawdy i piękna. Biograf zauważa w nim „nie tylko głębszy kontrast i w konsekwencji wyższego rzędu jedność wszystkich trzech części, lecz również intensywniejsze powiązanie solisty z orkiestrą”. Tematy kształtowane są w nowy sposób, wywodzą się z siebie nawzajem, dzięki czemu materiał muzyczny cechuje nowego typu synergia i ekonomia, zaś słuchacz odnosi wrażenie naturalności przebiegu dzieła, w którym ani jedna nuta nie jest zbędna – wszystko zdaje się być na swoim miejscu.  Orkiestra staje się odtąd zarówno partnerem w konwersacji z solistą, jak i wielką brzmieniową masą – siłą, która zdolna jest przeciwstawić się głosowi prowadzącemu. Już w swoim pierwszym koncertowym arcydziele Mozart formułuje zasadę, która w kolejnych odsłonach gatunku będzie podstawą wszelkich napięć i relacji między solistą a tutti; zasadą rozpalającą jego twórczą inwencję i nadającą od tej chwili niemal każdemu koncertowi fortepianowemu status utworu genialnego. Chodzi o dialog – dyskurs głosów, często o operowej, teatralno-scenicznej proweniencji. Mozart będzie poruszać tematy dramatyczne, a napięcie sięgnie zenitu – jak w obu koncertach minorowych, w których przeciwstawne masy co chwilę przybierają na sile i ścierają się ze sobą. Innym razem charakter wypowiedzi będzie wybitnie osobisty, pełen subtelnych niedopowiedzeń i odniesień erotycznych; w ostatnim zanotowanym dyskursie klawiatury z orkiestrą głosy przepełniają się melancholią, której nie można oderwać od niepewnego dziś i gasnącego jutra ostatniej jesieni roku 1791. Wreszcie – swoim dialogującym, dźwiękowym organizmom kompozytor będzie nadawać charakter triumfalny, afirmujący, wyrażając ludzką siłę i godność, a zatem uderzając w najbardziej humanistyczne tony, rozwinięte później w twórczości wspomnianego twórcy Eroiki. Nie jest moją intencją schematyczne skatalogowanie tych arcydzieł, każde bowiem jest na swój sposób wyjątkowe i przemawia własnym głosem – warto natomiast uświadomić sobie, jak szerokie spektrum emocji i nastrojów wyrażają.

Intencje twórcy realizuje się dziś ze zmiennym szczęściem. Katarynkowe odgrywanie szybkich pasaży stało się zmorą, z którą wielu słuchaczy (i wykonawców) zmaga się od lat. W tym kontekście zwykło się powtarzać, że genialny salzburczyk wymaga od swoich interpretatorów czegoś więcej, że techniczna precyzja i wytrwałość rąk są jedynie warunkiem wstępnym do tego, by wyrazić owe dramaturgiczne napięcia, wejść w dusze konwersujących ciał, oddać ich emocje szczerze, uczciwie i bez zbędnych komentarzy. Pianista i dyrygent muszą być wyposażeni w spore pokłady wrażliwości, zaś z analityczną precyzją winni podążać za tekstem, w którym każdy takt wymaga interpretacyjnego namysłu i odnalezienia  źródłosłowu. Tylko wówczas misterna konstrukcja zachwyca i oddaje geniusz architekta. Tym razem nie dokonamy przeglądu najlepszych interpretacji Mozartowskich koncertów. Każdy meloman powinien natomiast zwrócić uwagę na jedną z ostatnich bez wątpienia zasługujących na to miano.

Kilka tygodni temu ukazała się płyta wytwórni Warner Classics, na której znalazły się dwa koncerty Wolfganga Amadeusza – 25. w C-dur KV 503 i 27., a więc ostatni, w B-dur KV 595. Wziął je na warsztat Piotr Anderszewski (który skomponował do pierwszej części KV 503 bardzo dobrą kadencję). Partneruje mu jeden z najlepszych zespołów kameralnych – Chamber Orchestra of Europe. Efekt tej współpracy jest znakomity, miejscami doskonały. Od wielu lat miłośnicy sztuki Mozarta nie mieli w ręce nagrań tak udanych i bliskich intencjom kompozytora. Wizja Anderszewskiego, jak to zwykle bywa w przypadku tego artysty, jest wybitnie własna, autorska, daleka od zwyczajowego rozumienia tych partytur. Efekt? Koncerty zostały gruntownie odświeżone, odkrywając przed nami niesłyszane od dawna figury retoryczne. Słowo perfekcjonizm, wspólna cecha dwóch największych polskich pianistów – Anderszewskiego i Zimermana, z pewnością pojawi się w wielu recenzjach tej płyty. Uformowana zrazu rygorystycznie fraza staje się punktem odniesienia do dalszych metamorfoz – jej uplastycznienia umożliwiającego pianiście osiągnięcie zasadniczego celu – dyskursywności, prowadzenia pełnego empatii dialogu. A zatem – bingo! Anderszewski dotknął prawdy zawartej w tekście, bowiem pod jego palcami i pod jego batutą dokonuje się ciągła wymiana zdań między fortepianem a głosami orkiestry. Przypominają się kreacje mistrzów klawiatury XX wieku, choćby Edwina Fischera, który w koncertach Mozarta słyszał muzykę dialogów, niemal udźwiękowienie operowych charakterów i związków między nimi. Nagranie 25. Koncertu w wykonaniu Marty Argerich i Claudia Abbado (ostatnia oficjalna płyta włoskiego dyrygenta, DG) sprzed 3 lat nie daje nam tej przyjemności – wybitna Argentynka koncentruje się na artykulacyjno-barwowych osobliwościach tej muzyki. David Fray (Virgin Classics) angażuje duże środki, by uzyskać podobny poziom dramaturgii, jednak traci nieco impet i kreatywność w ogniwach finałowych. Anderszewski bezbłędnie wnika nie tylko w relacje między solistą i orkiestrą, ale, dyrygując zespołem od klawiatury, również w relacje między muzykami orkiestry.

Artysta dokonuje ciekawego zestawienia – płyta rozpoczyna się od koncertu monumentalnego, z początku wręcz pompatycznego, napisanego w najbardziej neutralnej tonacji – C-dur. Daje ona Mozartowi ogromne możliwości harmoniczne – słyszmy ciągłe opalizowanie na zasadzie przeciwstawiania sobie tonacji dur i moll. Potężna akordowość otwarcia i domniemany obiektywizm tematów wyzwalają ogromną dramaturgiczną siłę, rozwój tematów również wprawia w zachwyt. Anderszewski zestawia ze sobą symfoniczny rozmach – niewątpliwy z ritornellach orkiestry – z kameralną subtelnością niektórych relacji fortepianu z tutti. Zabrakło wyraźniejszego uwypuklenia dźwięku wiolonczeli podczas jej niezwykłej konwersacji z fortepianem w jednym z kupletów finału, jednak to niewielka skaza w kontekście całego nagrania. Quasi-sceniczne dialogi z instrumentami dętymi to crème de la crème recenzowanej płyty – cechuje je wybitne wyczucie retoryczne i wrażliwość na jakość zespolonego brzmienia. Wsłuchajmy się w niewielkie zmiany akcentów w obrębie fraz i subtelne rubato – jak wiele potrafią zmienić w recepcji muzycznego tekstu! Wydaje się, że pokryte wieloletnim kurzem rutynowych interpretacji prawdziwe intencje twórcy znów ujrzały światło dzienne.

Koncert KV 595 – ostatni w twórczości Mozarta – potraktowany został przez Anderszewskiego i jego zespół jako muzyka kameralna. W istocie jest czymś w rodzaju „poszerzonej kameralistyki”, cechuje go bogactwo brzmienia instrumentów dętych i najdalej idąca intymność ekspresji. Jego nastrój jest miejscami bolesny – trudno oprzeć się wrażeniu, że unosi się nad nim widmo ostateczności. Wiele napisano o niezwykłym przetworzeniu pierwszego Allegra, w którym na przestrzeni stosunkowo niewielu taktów tonacje zmieniają się jak w kalejdoskopie: od F-dur, przez h-moll, C-dur, c-moll, Es-dur, es-moll, Ces-dur, As-dur, f-moll, g-moll, by wreszcie osiągnąć zasadnicze B-dur. W jakimś sensie dla Mozarta nie ma już tonalnych granic. Swobodny liryzm miesza się tutaj z drapieżnymi dysonansami, szybko jednak łagodzonymi, by mimo udręczenia, zapewne oddającego stan twórcy, nic nie było w stanie zmącić wdzięku, będącego estetycznym credo wielkiego klasyka.

Epicentrum koncertu w wizji wielu pianistów staje się słynne ogniwo środkowe, mistyczne Larghetto, o którym pisano, że „stoi u wrót wieczności”. Jest swoistą apoteozą pieśniowego charakteru całego koncertu. Zarówno tutaj, jak i w skrajnych częściach koncertu dzięki szlachetnemu brzmieniu instrumentu solowego i osiągnięciu narracyjnej syntezy z orkiestrą, Anderszewskiemu udaje się stworzyć nastrój kruchego optymizmu. Odzywają się znów echa modus operowego – w KV 503 retoryka nawiązywała do Wesela Figara (w krótkim ritenuto przed zamknięciem Allegretta niektórzy usłyszą może ciepły głos Hrabiny), tym razem czujemy bliskość Czarodziejskiego Fletu.

A zatem – odwaga Anderszewskiego opłaciła się. Taki Mozart to dziś skarb, po który warto sięgać.

Trailer z poprzedniej Mozartowskiej płyty Anderszewskiego dla wytwórni Erato (z 17. i 20. koncertem fortepianowym):

 


Mozart/Koncerty fortepianowe nr 25 i 27, Anderszewski, Chamber Orchestra of Europe, Warner Classics, 2018     ★★★★★★★★★☆

Reklamy