Nie zastanawiałem się długo nad tematem pierwszego wpisu. W zainaugurowanym przed niecałym miesiącem 2018 roku minie 100 lat od śmierci Claude’a Debussy’ego i trudno znaleźć szanującą się salę koncertową, która nie poświęci twórczości francuskiego impresjonisty co najmniej jednego wieczoru. I tu pojawia się kolejny powód Debussy’owskiego otwarcia – o jednym z takich wieczorów za chwilę.

W roku jubileuszowym możemy się spodziewać całej serii nowych albumów z muzyką mistrza z Saint-Germain-en-Laye. Rozpoczął ją jeszcze pod koniec roku ubiegłego Seong-Jin Cho, zwycięzca ostatniego Konkursu Chopinowskiego, który dla Deutsche Grammophon nagrał płytę z m.in. dwoma tomami Images i Suite bergamasque. Z całą pewnością drugi studyjny album młodego Koreańczyka możemy uznać za udany, pod pewnymi względami nawet bardziej od premierowej Chopinowskiej płyty. Jego gra wydaje się być w ogólnych ramach dość konwencjonalna, z drugiej, mimo zachowawczości typowej dla Cho są na tym krążku miejsca o dość śmiałej artykulacji, odznaczające się być może nieco naiwnym, młodzieńczym rozradowaniem podczas każdego nietuzinkowego stawiania akcentu – czym wszakże nie trudno nas zauroczyć. Tak się jednak składa, że znamy niemało nagrań tej muzyki, które są nie tylko udane, ale wprost wprawiają w zachwyt.

Nie sposób wymienić je wszystkie, w tym tekście skupię sie tylko na tych, które mnie samemu są szczególnie bliskie i zasługują, by przy każdym umieścić choć kilka słów komentarza. Zacząć należy od wielkiej Marcelle Meyer, znakomitej interpretatorki muzyki baroku, ulubienicy Les Six, grupy sześciu francuskich kompozytorów pierwszej ćwierci XX wieku. Zachwycał się nią sam Debussy, w obecności którego zresztą dała pierwszy recital w całości poświęcony jego dziełom. Wyczuwamy w jej grze niezwykłe wyczucie rozpływającej się w szerokich akordach harmoniki, wrażliwość na brzmieniowy światłocień i wielobarwny, rysowany delikatną kreską (ale nigdy statyczny!) liryzm. Wsłuchajmy się w komplet preludiów (dostępny na YouTube), by doświadczyć swoistego poczucia autentyzmu, usankcjonowanego zachwytem nad grą Francuzki w ustach samego kompozytora – pomimo, że dostępne nagrania pochodzą z 2. połowy lat 50., a zatem powstały ponad trzy dekady po jego śmierci. Zdaje się, że doceniono je kiedyś w Płytowym Trybunale Dwójki.

Legendarny jest również związek między Debussym a Walterem Giesekingiem, chyba największym znawcą dźwiękowego impresjonizmu (wiem, kompozytor nie znosił tego określenia) w dziejach, zarazem jednym z artystów kładących podwaliny pod nowoczesną pianistykę. Komplet dzieł fortepianowych Debussy’ego z lat 1951-55 jest absolutnym „must have” każdej płytoteki. Krystaliczny, a zarazem bardzo plastyczny dźwięk Giesekinga pozwolił na niespotykane dotychczas barwowe opalizowanie tych partytur. Kolorystyczny potencjał Images czy Préludes wydobył również Arturo Benedetti Michelangeli, będący tu moim subiektywnym primus inter pares. Debussy’ego nagrywał dla Deutsche Grammophon na przestrzeni niemal dwóch dekad, w latach 70. i 80. Dodatkową zaletą tych albumów jest wyjątkowo dopieszczona jakość brzmienia – dzięki niemieckim reżyserom dźwięku możemy w pełni zachwycać się grą genialnego Włocha, jego wielopłaszczyznową interpretacją muzycznej dramaturgii i eksplorowaniem kunsztownej polifonicznej struktury, ale ponad wszystko – tonem fortepianu tak subtelnie zróżnicowanym, jak tylko to możliwe w percepcji ludzkiego ucha. Jeszcze bardziej ów konstruktywistyczny aspekt omawianych arcydzieł ukazuje Samson François, niestroniący od śmiałych akcentów i swobodnych temp. W kontekście Suite bergamasque i Kącika dziecięcego nie wolno zapomnieć o Williamie Kapellu, a zwłaszcza genialnych, koncertowych interpretacjach zremasterowanych niedawno na trzypłytowym albumie wydanym przez Warda Marstona. Claudio Arrau, Jorge Bolet, Krystian Zimerman czy wreszcie Rafał Blechacz i paru innych zasługują na osobny tekst.

Jak wspomniałem na wstępie, pojawił się dodatkowy asumpt do podjęcia tego tematu. Przed dwoma tygodniami dźwięki I tomu PreludiówEstampes i Arabesques wypełniły jedyne w swoim rodzaju, uderzające feerią kolorów wnętrze barcelońskiego Palau de la Música. Jest on obok osiągnięć Gaudiego wizytówką katalońskiej secesji, której sztuka wydaje się być nieskrępowana wyobraźnią. Na jego estradzie znalazł się wyjątkowy fortepian, podpisany zresztą nazwiskiem jego właściciela: Barenboim. Argentyński artysta wraz z początkiem stycznia ruszył w trasę koncertową promującą jego najnowszy krążek, na którym znalazło się gros utworów zaprezentowanych słuchaczom w Barcelonie. Nie mogę nie wspomnieć o dość nieprzyjemnym incydencie, mianowicie ataku kaszlu sporej części widowni, co skłoniło muzyka do przerwania gry po piątym preludium i wygłoszenia słusznej reprymendy pod adresem niesubordynowanych koncertowiczów. Wobec pianistycznej (nie – dyrygenckiej, choć ta również jest przedmiotem dyskusji) formy Daniela Barenboima można mieć ostatnio spore wątpliwości – tu zaprezentował się z całkiem niezłej strony, starając się z różnym skutkiem dokonać syntezy podejścia prezentowanego przez François z wizją plastyczno-malarską. Zwłaszcza owo impresjonistyczne zagęszczanie dźwiękowej materii okazało się przekonujące, w ogromnej mierze dzięki wyjątkowym barwowym możliwościom autorskiego fortepianu Barenboima. Został on zaprojektowany w 2011 r. przez belgijskiego budowniczego instrumentów Chrisa Maene i posiada równoległy układ strun, różniący się od standardowego, krzyżowego. Podziw budziła giętkość kreowanego przez Barenboima (na barenboimie) dźwięku: grany stacatto zanikał natychmiast (co pozwalało artyście na gwałtowne, rwące zakończenia fraz), pełna pedalizacja umożliwiała natomiast na uzyskanie brzmienia niemal niekończącego się, lejącego, choć jednocześnie selektywnego. Warto zatem Barenboima posłuchać, nawet jeśli nie jesteśmy jego entuzjastami – nieczęsto zdarza nam się obcować z instrumentem tak fascynującym akustycznie. Jak zabrzmiałoby na nim zabisowane Claire de lune pod palcami Michelangelego czy Giesekinga pozostanie już pytaniem na zawsze otwartym…

 

image_gallery_close_up
wnętrze Pałacu Muzyki Katalońskiej w Barcelonie [fot. Matteo Vecchi]
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s